Smutne rodzinne zakręty

Historia do refleksji. Dla mnie dziwne uczucie, bo znikają elementy krajobrazu mojego dzieciństwa. Zmarł mój wujek. Mąż mojej ciotki. Bo do pokrewieństwa biologicznego się nie przyznaję. Od ponad dziesięciu lat , tylko mój ojciec miewał z nim kontakt i to też sporadyczny. Widzieli się na ulicy kilka razy.

Bo trzeba się cofnąć w czasie o ponad trzydzieści lat. Wtedy to moja nastoletnia ciotka zakochała się w przystojnym, bo tego odmówić się nie dało, starszym o trzy lata chłopaku. A jej rodzice z entuzjazmem odnieśli się do pomysłu szybkiego ślubu, choć pannie młodej do pełnoletności brakowało kilku miesięcy y. Ciąża nie wchodziła w grę, co wiedziałam doskonale. Po prostu chodziło o szybkie wydanie z mąż zbuntowanej dziewczyny, w celu uspokojenia jej. Co się nawet udało. Gorzej, że pan młody okazał się alkoholikiem i przemocowcem. To był taki Januszek z „Ballady”. Wszyscy mieszkaliśmy w jednym, wielorodzinnym domu – dziadkowie, moi rodzice z dziećmi, jedna ciotka z dzieckiem, ta najmłodsza ciotka i pojawiającej się jej dzieci. Urodziła ich sześcioro, z czego jedna córka zmarła, w ciąży była więcej razy. On pił, awanturował się, bił. Ona rodziła dzieci, pracowała dorywczo, ale lata 90te nie były łaskawe osobom bez wykształcenia. Generalnie byli wiecznie bez pieniędzy.

Nie ogarniam dziś, jak można patrzeć na takie traktowanie córki i pozwolić by małżeństwo trwało. Że nikt nawet nie napomknął o tym, by go pogonić. Chyba największym problemem było to, że moja ciotka go kochała. I było jej tak, nie do uwierzenia, dobrze.

Po wielu latach wyszli na prostą. W sumie dziwnie pisać ciotka, bo my zawsze byłyśmy po imieniu. Była ode mnie tylko jedenaście lat starsza. On przestał pić, znalazł pracę. Ona także znalazła stałą pracę. Normalna, pogodna rodzina. Aż trzynaście lat temu, 8 marca jej pękł tętniak w mózgu. Nie wiedziała, że go ma. Po trzech dniach śpiączki, zmarła. I wszystko się rozsypało. Wujek wrócił do picia i agresywnego zachowania. Agresję przejawiał w stosunku do moich dziadków, którzy zarzucali mu, że tętniak to pewnie efekt bicia sprzed lat. W obronie dziadków, przeciw ojcu stanęły wszystkie dzieci. Młodsze pamiętały głównie szczęśliwych rodziców, ale były też skołowane po śmierci matki. Starsze nie miały dla ojca ani cienia ciepłego uczucia. Nie ma co ich winić, bo wiele widziały, przez wiele lat naprawiały emocjonalne szkody u psychologa i lekarzy. Na szczęście, po kilku miesiącach sam się wyprowadził.

Od tamtej pory dzieci nie utrzymywały z nim kontaktu. Mieszkał w okolicy, miał jakiś nowy związek, bodajże znowu przestał pić, ogarnął się. Chorował na serce. Choroba dziedziczna. Rok temu miał jedną operację. Teraz w styczniu kolejną. Ta chyba już nie pomogła. Przed świętami, poprzez swoją siostrę i facebooka próbował się skontaktować z dziećmi. Żadne nie chciało kontaktu. Trójka wyjechała z kraju na stałe. Zostały tylko dwie najstarsze córki.

O jego śmierci moja żyjąca ciotka dowiedziała się z klepsydry przy kościele. Na pogrzebie – przedwczoraj – była ona, mój tato (nigdy wyrywny do rodzinnych relacji, ale do tego kolesia miał jakąś słabość i wyrozumiałość), dwie córki. Dzieci z zagranicy nie zdążyły przyjechać, bo to była kwestia dnia, czy dwóch. Nie wiem, czy chciały.

Przed wieloma laty coś zostało zniszczone i nie udało się tego już odbudować. I zostało nie rozwiązane na zawsze.

Sowie ferie

Wolne ferie to także szaleństwo wysypiania się mojego dziecka. Zapewne dlatego nie chce nigdzie wyjeżdżać. Tam kazaliby jej wstawać o 8:00. Bestialska pora 🙂

Ciężko mi byłoby budzić dziecko dzwoniąc z pracy. Szczególnie, że ona nie reaguje na budziki i dzwonki. Dlatego spała do 11:00, albo dłużej. Wieczorem nie mogła zasnąć, a ja byłam zbyt zmęczona by tracić noc na usypianie jej. Jednej nocy ocknęłam się i zobaczyłam zaskoczona, że Młoda zapomniała zgasić światło w łazience. Zaspana idę zgasić, a tam ze środka dobiega jakaś muzyka. Dopiero irracjonalne doświadczenie. Otwieram drzwi, a tam moja córka w wannie, bez wody, ogląda sobie film nie telefonie… Nie chciała mnie budzić, a swojego pokoju w nocy się boi.

W ten czwartek, gdy jej ojciec miał ją zawieźć na warsztaty, przez kwadrans dzwonił do drzwi, walił w nie, wywabił hałasem sąsiadkę z mieszkania . Była 12:00. Dzwonił do mnie, chciał żebym szybko wracała z pracy, trzeba wezwać ślusarza, wyważać drzwi, może uda się wejść przez balkon. Oczywiście, Młoda tak twardo spała. W końcu otworzyła te drzwi.

Od piątku przestawiam ją na wcześniejsze wstawanie. Oj, nie było łatwo, ale efekt był całkiem ok. Wczoraj zasnęła o całkiem przyzwoitej – jak na sowę – porze, czyli po 23:00. Za to o 7:00 już była przytomna. Wracamy na stare tory.

Ferie, ferie i po feriach

Ferie się kończą. Już na dobre. Bo co z pierwszej tury już dawno o nich zapomnieli. Z własnej woli Młoda spędziła je w domu, na kanapie. Rozumie m ją. Gdy byłam dzieckiem , dwa tygodnie wolnego także były dla mnie zbyt małą ilością czasu na wypoczynek, by wciskać w nie wyjazdy i atrakcje. Teraz człowiek jest dorosły, ma najczęściej maksymalnie dwa tygodnie urlopu i się cieszy 🙂

Z atrakcji stacjonarnych, Młoda miała wernisaż, wykład o japońskiej muzyce i dwa warsztaty w ostatni czwartek. Udało mi się ją zapisać na warsztaty kulinarne. Na południowe zawiózł ją ojciec, przygotowywała tam zdrowe słodycze. Kawałki przyniosła mi potem do domu – brownie z soczewicy, truflę, kokosowe kulki. Robiła także babeczki pomidorowe i były tak pyszne, że zjadła całą od razu 🙂 Po południu spotkałyśmy się w połowie drogi i zawiozłam ją na pączkowanie. Pączki piekli, nie smażyli i polewali różnymi polewami. Też mogłam spróbować 🙂

Z tymi warsztatami wiąże się jeszcze jedna historia. Już wszyscy zakładali kurtki, w dużym holu było tłoczno, harmider. Nagle zauważyłam pod nogami banknot. Podniosłam. Sto złotych złożone na cztery. Bałam się, że jeśli go teraz pokażę, to skąd mam wiedzieć, że osoba, która się zgłosi naprawdę go zgubiła? Zaniosłam tuż obok do pani na recepcji, mówiąc, żeby oddała jeśli ktoś się zgłosi, będzie szukał. Była zszokowana, że to przyniosłam. Sama ze swojej strony, powiedziałam głośno przy wszystkich, że jeśli ktoś zgubił pieniądze, to są w recepcji. Nie powiedziałam ile. Przecież ta osoba będzie wiedzieć. Obecni nie zareagowali przesadnie. W ogóle jakoś nie zareagowali. Wydawało mi się, że banknot zgubił ktoś przed chwilą, bo przez całe warsztaty siedziałam na fotelu pół metra od tego miejsca i chyba nic nie widziałam na podłodze. Mijało mnie ze dwie trzy osoby, bo tego wieczoru było jeszcze inne spotkanie.

Gdybym zabrała te pieniądze, czułabym się podle i brudna. To żadna przyjemność skorzystać z czyjegoś pecha i smutku. Nadal sto złotych dla większości ludzi to spora suma. Oczywiście, ta pani z recepcji prawdopodobnie w końcu weźmie te pieniądze. Ale to jej sprawa. Jakoś inaczej jest, gdy znajdujesz pieniądze na ulicy. Jednak ja czułam, że właściciel zguby na 99% jest w budynku 😦

Japońskie ekstrema muzyczne

Japońskie ekstrema muzyczne – to brzmi cholernie zachęcająco 🙂 W dodatku, wiedziałam, że temat zainteresuje Młodą. Najpierw ją wybadałam, czy chciałaby pójść na takie spotkanie do klubo-kawiarni (tej do której często wpadam we wtorki na wykłady). Była zainteresowana. To teraz w drugą stronę. Spytałam się organizatorów, a oni prowadzących, czy treści planowane do pokazania są ok dla jedenastolatki. Dostałam dwa najmocnicejsze teledyski do przejrzenia, rzuciłam okiem i dałam je do ocenienia córce, i tak stwierdziła, że da radę. Pytanie było zasadne, bo po Japończykach można się wszystkiego spodziewać jeśli chodzi o naciąganie granic kultury. I bardzo się nie omyliłam 🙂

Dlatego miałyśmy wczoraj z Młodą kolejny wspólny wieczór. Kupiłam nam zapiekanki, sok, jej jeszcze blok czekoladowy na deser. Momentami trochę zaczynała się nudzić, ale kilka piosenek sobie zshazamowała i po powrocie do domu słuchała na okrągło 🙂

Dwaj prowadzący, Artur Szarecki (badacz kultury) i Mariusz Herma (dziennikarz muzyczny) rozsądnie rozplanowali piosenki – utwory trudne przeplatali z j-popem 🙂 A momentami było ciężko. Zaczynając od najbardziej słuchalnych kawałków. Mieliśmy AKB48, czyli zespół składający się z ponad stu młodych dziewcząt, ubranych i wystylizowanych – a jakże – na uczennice i śpiewających równie słodkim głosem, słodkie piosenki, o słodkich rzeczach. Jest ich taka ilość w zespole, bo mają swój teatr muzyczny, scenę na której występują codziennie, więc skład musi rotować. W zespole mają czasem miejsce skandale niczym ze świata amerykańskich łyżwiarek na początku lat 90tych lub „Czarnego łabędzia”. Fajne są Baby Metal, które w dodatku w czerwcu wystąpią w warszawskiej Stodole. To pop z ostrym metalowym podkładem, więc dobre na pierwsze mocne brzmienia dla twojego bąbelka, gdybyś chciała by w przyszłości groulował do piosenek Metallica. Na koniec zobaczyliśmy utwór kogoś w rodzaju japońskiego Scootera – Hinochi Team, gdyby ten miał 30 kilogramów więcej i długie czarne włosy.

To były lekkie brzmienia. Oprócz tego słuchaliśmy BiS Kaidan – składu młodych, zbuntowanych dziewczyn, krzyczących na scenie, ubranych w białe szkolne sukienki z czerwonymi plamami w okolicach kroczach, na teledysku tnących sobie nogi piłą, z gościem rzucającym łbem świni. Dużym łbem. To wszystko miało być zapewne krytyką czegoś tam i jeszcze dwadzieścia lat temu byłabym tym występem zachwycona 🙂

Merzbow gral elektryczne brzmienia, które były ciągiem jednego, wysokiego, piskliwego dźwięku. John Cage to przy tym „jaka to ładna melodia”. Hiromichi Smakoato gra na wiolonczeli, ale niech to nie zwiedzi zwolenników tradycyjnego kontaktu z instrumentem. Widzimy następnie jak tę wiolonczelę traktuje wiertarką, szlifierką i czymś, co też poleruje. Co ciekawe, wiolonczela ma się bardzo dobrze. Od innej strony do muzyki podeszła Sachiko M, która korzysta z sampli, ale używając tylko dźwięku kontrolnego, który znowu jest – bardziej niskim – jednostajnym dźwiękiem wchodzącym w czaszkę niczym milimetrowe dłuto. Raz po raz. Towarzyszyła jej wokalistka, która śpiewa ciszą, czyli z zamkniętymi oczami lekko otwiera usta nie wydając dźwięku.

To był tylko przegląd pokazywanych artystów, bo było ich jeszcze więcej. Organizatorzy dziś rano podesłali linki do wszystkich utworów, mogłam więc przypomnieć sobie nazwy artystów.

Jestem ciekawa, jaki stosunek do tej muzyki mają statystyczni Japończycy. Czy też uważają to za ekstremum, czy znajdują jakieś odnośniki doi kultury tradycyjnej? Ja mogę patrzeć na to z punktu widzenia mieszkańca Zachodu i nie wiem, czy do końca wypada mi żartować 🙂

Malarska niedziela

Na niedzielny wieczór miałam zaproszenie na wernisaż obrazów mojej koleżanki. Jako, że jest to jedna z ulubionych cioć Młodej, to ona też wreszcie chciała wyjść i mi towarzyszyć. Sama nawet narysowała jeden obrazek ołówkiem – bohaterkę wieczoru 🙂

Ja siedziałam na sali i słuchałam rozmów, a moja córka w kuluarach wypisywała Walentynki. Był to jeden z punktów wieczoru – każdy chętny mógł wybrać kartkę z urywkiem wiersza i dopisać swoje życzenia dla innej obecnej osoby. Potem było losowanie kartek i czytanie ich na głos za zgodą zainteresowanych osób. Moje dziecko ułożyło Walentynkę dla cioci malarki, mamy i najmłodszego gościa wieczoru, dwuletniej wnuczki mojej koleżanki. Dziewczynki przez większość wieczoru bawiły się razem. Stworzyła bardzo fajne teksty 🙂 Ja także napisałam coś dla niej. Na planowanym finisażu wystawy, za miesiąc, będzie można czytać wiersze inspirowane obrazami i Młoda już chce przyjść i coś przeczytać 🙂

W trzeciej części wieczoru odbył się koncert, ale obie chciałyśmy już wracać do domu. Niedzielny wieczór wolę kończyć na mieście bliżej 21:00 niż 22:00.

Serialowe maratony

Ostatnie miesiące to też nasze wspólne z córką maratony filmowe. Zaczęło się od zmiany telewizora i przeglądania archiwum na Ipli. Tam znalazłam serial „Mamuśki” (historia młodego małżeństwa i ich matek z piekła rodem, które próbują doprowadzić do rozstania, z niesamowitymi Stanisławą Celińską i Ewą Wencel), który kiedyś mnie bawił. Młoda obejrzała ze mną jeden odcinek, też jej się spodobało i obejrzałyśmy wszystkie. Potem włączałam jakieś sitcomy po jednym odcinku, ale nic już nie było dla niej takie zabawne.

Do momentu aż odpaliłam Netflixa i tam odnalazłam wszystkie serie „Jak poznałem waszą matkę”, którego to serialu jestem wielką fanką i należę do grupy, która znienawidziła scenarzystów za finałowy odcinek 🙂 Odrzekłam, że po kilku latach muszę wszystko sobie obejrzeć od nowa. Moja córka rzuciła okiem na początek i od tej pory oglądałyśmy już razem. Odcinków jest prawie sto, więc zajęło to ładnych kilka tygodni. Jeszcze wtedy nie pracowałam, więc tak nas wciągnęło, że Młoda wracała ze szkoły i prawie od razu siadałyśmy do oglądania kilku odcinków po rząd. Shazamowałyśmy sobie muzykę w niektórych odcinkach, opowiadałyśmy anegdotki. Wciągało tak, że po zakończeniu – też nie była fanką finałowego rozwiązania – córka długo miała dziurę serialową w sercu. Zna to każdy oglądający lub czytający coś mocno wciągającego. Kończy się i nie wyobrażasz sobie, że teraz ot tak możesz zacząć coś nowego. Jeszcze do teraz, moje dziecko czasami włącza sobie odcinki JPWM i puszcza od nowa.

Znalazłam na Netflixie inny serial, który swego czasu bardzo lubiłam – „Technicy magicy” (oryginalny tytuł „IT Crowd” jest fajniejszy) i choć odcinków było malutko, to znowu miałyśmy coś do obejrzenia i pośmiania. To skąpana w brytyjskim humorze opowieść o dwóch pracownikach działu IT, siedzących w pokoju w piwnicy biurowca oraz ich współpracownicy od relacji społecznych.

Czas leciał i z ciekawości włączyłam na Netflixie odcinek „Plotkary” by zobaczyć, czy jest ciekawe. I tak obejrzałyśmy sobie, bez wielkiego entuzjazmu pierwszy sezon. Moje pokolenie miało „Beverly Hills 90210” (bogate dzieciaki z Beverly Hills kontra życie), a kolejne „Plotkarę” (bogate dzieciaki z Manhattanu kontra bogate dzieciaki z Manhattanu) 🙂 Przyznam, że mniej identyfikowałam się z głównymi bohaterami, bardziej z ich rodzicami, którzy zamknąwszy za sobą szumną młodość, jednak patrzą z nostalgią na to, co minęło. Pierwszy sezon się skończył, ale przez drugi już nie przebrnęłyśmy. Zostawiłyśmy po chyba drugim odcinku.

Potem był oczywiście maraton „Wiedźmina”, który ja oglądałam jako czytelniczka Sapkowskiego, a moja córka jako gracz gry.

Od stycznia wróciłam do pracy, więc jest mało czasu na wspólne godziny przed telewizorem. Na razie nie mamy niczego, co by mocniej wciągnęło. Oprócz odcinków „Czterech wesel” na Ipli 😀 To teleturniej, oglądałam kiedyś wersję angielską, gdzie cztery panny młode nawzajem zapraszają się na swoje wesela, a potem oceniają. Ja patrzę jak leje się krew, a moja córka patrzy i planuje własne wesele 🙂

Fajnie jest tak leżeć obok siebie na kanapie, oglądać, śmiać się, komentować. Moje dziecko wchodzi już w ten etap, że wspólne rozrywki zaczynają się robić fajne i ciekawe.

Zimowe ekscesy

Ten czwartek obfitował w najróżniejsze wydarzenia. Wykład o diabłach w starodawnej Polsce, lub zbrodniach i namiętnościach warszawskich, albo o flircie i emocjach, ewentualnie jednym z dawnych folwarków praskich. A ja od trzech dni nie mam ochoty nigdzie wychodzić i zostałam w domu. Chwilowo rozumiem ludzi, którzy by z domu nosa nie wysuwali, poza wyjściem do pracy i na zakupy. W tej chwili ulubione czynności to siedzenie z książką przez godzinę w wannie z gorącą wodą, a potem leżenie już w łóżku i oglądanie z dzieckiem programów w necie. Może gdybym mieszkała sama, to bym wróciła do domu, usiadła na chwilę i jednak się przemogła, nabrała ochoty.

Młoda gdy się dowiedziała, że zostaję w domu ucieszyła się, bo sprzykrzyło jej się siedzieć samej. Może wpływ na to maja też ferie i to, że od rana siedzi sama w domu. Jak się chodzi do szkoły, to jest bolesne, ale ma się jakieś relacje społeczne. A jej typ osobowościowy samotnie usycha. Na żaden obóz nie chciała wyjechać i ja jej nie zmuszam,

Tak więc wystarczy, że jestem w domu i siedzę obok na kanapie.

Takie to są moje zimowe ekscesy. Na propozycję łyżew, czy nart mogłabym spuścić psy. Jednak niedługo ciekawsze wpisy wrócą.