Życie towarzyskie

Za mną także czas spotkań towarzyskich. Dwie moje koleżanki, niezależnie od siebie, postanowiły świętować urodziny. Najpierw wyjście czwartkowe do pubu. Zrobiłam sobie delikatny makijaż, ładnie się ubrałam i generalnie, czułam się idąc ulicą jak dziesięć kilo cukru. Wieczór był miły, przyjemny, spędzony na rozmowach w cieple letniego wieczoru. Było także karaoke, ale nie byłam na tyle odważna. A następnego dnia zobaczyłam upublicznione zdjęcia. Już na miejscu widziałam, że aparat mocno poszerza i zauważyłam to nie tylko ja (miał chyba włączone coś jak „rybie oko”). Dookoła były same filigranowe kobietki i z zasady wyglądam przy nich jak Pancernik Potiomkin, jeszcze siedząc z boku. Jednak jedna rzecz, to zdjęcie, do którego się ustawiasz, a druga takie, które ktoś zrobił obecnym bez ostrzeżenia. Na takich chyba nikt nie wygląda dobrze. A ja wyszłam tragicznie. Nie mogłam poprosić o jego usunięcie, bo była tam koleżanka, która tylko na nim widniała. Pozostaje mi tylko cieszyć się z siły dragów, które łykam i pogodzić z tym, że obraz mnie w mojej głowie zatrzymał się jakąś ponad dekadę temu.

Sobotni wieczór był świętowany już na tarasie, w domu drugiej koleżanki. Impreza była składkowa, bo czasy niepewne. Tym razem zdjęć nie było, więc także wspomnienia były cieplejsze 😊 Jako, że spora część obecnych gości pracuje w sektorze wymiaru sprawiedliwości, pisząc dyplomatycznie, tematem rozmów bywają także wydarzające się sprawy. Szkoda, że nie mogę opisywać tutaj tych rzeczy szczegółowo, skoro procesy sądowe są ciągle w toku. Dyskusja była dość gorąca.

Oddzielenie

W ten weekend trochę symbolicznie i fizycznie zostałam Słomianą Matką. Łóżko stało już złożone w pokoju Młodej,  ona na razie spała na materacu w tym samym pokoju co ja i czuła się w związku z tym cudownie. Za to w jej pokoju cały czas układałyśmy rzeczy i chyba będzie to trwało wieki.

Jednak w piątkowy wieczór, zabrała swoje drobiazgi i na dobre przeniosła się do swojego miejsca, a potem została tam do rana. Potem powtarzała, że bycie w oddzielnym pokoju jest super, niesamowite, niezwykle ją uszczęśliwia i od samego rana przez cały dzień jest spokojna i łagodna 🙂

Ostatnimi czasy było tak, że wszystkim ją drażniłam. Jak chodzę, jak mówię, jak śpię, nawet jak oddycham 🙂 Wiem, że tak czasem musi być, by dziecko zbudowało swoją własną tożsamość, musi odrzucić tę którą przyjęło jako dziecko.

Teraz stopień rozdrażnienia doszedł do tego, że wreszcie zechciała skorzystać ze swojego pokoju i łóżka. Okazuje się, że duchy, demony, wiedźma z Koraliny z drutami zamiast dłoni są niczym w obliczu wkurzającej matki.

Sama też, przez te wszystkie lata, miałam nadzieję, że zdrowe emocjonalnie dziecko w pewnym momencie samo czuje potrzebę oddzielenia.

Co ciekawe, niemal dokładnie w tym samym wieku, ja przeprowadziłam się z małego pokoiku z kuchnią, dzielonego z rodzicami i bratem i toaletą na podwórku, dzieloną z trzema innymi rodzinami, do jednorodzinnego domu i dostałam swój własny, oddzielny pokój.

A w sobotni wieczór, Młoda wyjechała z ojcem na wakacje.

Macierzyńsko

Zaczęłam pisać tego bloga, kiedy moja córka była tuż przed pierwszymi urodzinami. Przepłynęły czasy żłobkowe, przedszkolne, niemal cała podstawówka. Aż dziwne, jak udało mi się przez to wszystko przejść jako rodzic. Kiedy człowiek planuje mieć dziecko, to najdalszy etap jaki widzi, to kilknastomiesięczny bobas. Dziesięciolatek to czas nie do ogarnięcia. Nastolatek to kosmos. A ten czas tak szybko płynie.

A teraz pojawił się nowy etap. Przyjaciółki Młodej powracały wreszcie z kolonii, wyjazdów rodzinnych i są w mieście. Na szczęście, pokolenie messengera i sociali nadal chce spotykać się na osiedlu. Wychodzą z domu o 14:00 i spacerują po mieście lub siedzą u którejś do 20:00. Dziwne uczucie, wracać po pracy do domu i widzieć go opustoszałym. Dobrze, że wraca o tej 20:00 i nie ma jeszcze łażenia do nocy. Ale i to pewnie nas czeka.

Na tym nie koniec. Nieopatrznie, opowiedziałam dziecku, że na pierwszym sylwestrze byłam mając 13-14 lat. Nawet teraz sprawdzam zdziwiona, czy to aby prawda, ale jednak prawda – miałam 13 ¾ lat i siedziałyśmy we trzy z moją ówczesną przyjaciółką i jej koleżanką. Wypiłam nawet jedną lampkę wina. Pierwszy alkohol w życiu. I to były jedyne ekscesy tej nocy.

I teraz, Młoda chce zorganizować u siebie Sylwestra. Dla dwóch, trzech przyjaciółek. To, że chce zorganizować, to jedno. Ona chce bym ja wyszła z domu na inną, swoją imprezę 😊 Przecież powinnam jej ufać. Zapewne, na 90%, będzie to spokojna impreza polegająca na oglądaniu Sylwestra w jakiejś stacji telewizyjnej, tańczeniu i piciu soków. Jednak nie uważam, że dobrze, jako rodzic jest tak szybko oddać pole do negocjacji i za szybko się na wszystko zgadzać 😊 Zapewne inni rodzice mogą się nie zgodzić. I jeszcze sporo czasu zostało.

Odzieżowo z córką

Weekend z córką, spędzony na rozrywkach, które uszczęśliwiają wiele kobiet, mnie niekoniecznie.

Zaplanowałyśmy spacer po sklepach, by kupić jej trochę ubrań. Niedługo wybiera się z ojcem nad morze. Praktycznie 100% ubrań kupuję teraz przez internet, ale ma to swoją wadę – często trafiają się złe rozmiary i ciuchy trzeba odsyłać. Jak w pewnym sklepie, gdzie rozmiary spodni różnią się w zależności od długości, fasonu, producenta i cholera wie czego. Rzadko udaje się trafić za pierwszym zakupem. I dopasowane spodnie nie oznaczają, że teraz można kupować ten rozmiar zawsze. Nie wiem, czy tylko my mamy takie kłopoty ze spodniami, ale to jakaś masakra. Teraz czasu było zbyt mało i musiałam przejść ścieżkę bólu i męki, czyli zakupy stacjonarne. W dodatku z córką.

Pamiętając moje zakupy z matką, starałam się być cierpliwa, nie narzucać niczego i nie krzyczeć. A i tak, Młoda uznała, że strasznie dużo gadam. I według niej wszystko chcę robić szybko, błyskawicznie. To fakt, moja nadpobudliwa ruchowo córka, gdy robi jakieś rzeczy ze mną, ociąga się i wlecze niczym ślimak. Nie rozumiem tego. Oraz szepce niczym strumyk, nie można z nią normalnie rozmawiać.

Od razu, jak tylko weszłyśmy do centrum handlowego, zrobiłam się mokra od potu pod bluzką i to uczucie nie opuszczało mnie aż do wyjścia. Spytałam się potem Młodą, czy miała tak samo, ale nie. Czyżby to te słynne poty kobiet w średnim wieku?

Na szczęście, zwiedziłyśmy tylko dwa sklepy. Kolejka do przebieralni w obu, przymierzanie, kolejka do kasy. To i tak było dla mnie aż nadto. Całość z wyjście i wejściem do domu zabrała raptem dwie godziny, a ja miałam wrażenie, że cały dzień.

Miałyśmy kupić szorty i spodnie ¾, a skończyło się na dwóch parach długich spodni i dwóch bluzkach. Jednak już nic nie mówiłam. Każda kobieta chyba tak miewa.

Brakuje jeszcze kostiumu kąpielowego, ale dwuczęściowy absolutnie odpada, bo moja córka czuje się w takim naga. Nawet jednoczęściowe wydają jej się zbyt odkryte. Taki wiek. W końcu nawet zaczęłyśmy przeglądać w internecie ofertę burkini 😊 Podobają jej się 😊 Jadą nad Bałtyk, jest duża szansa, że nie będzie pogody na grillowanie na plaży.

Raporcik

Nieoficjalnie i może to plotka, dowiedziałam się,  że kolega z pracy, który zachorował jako pierwszy, miał covid. Być może, ja i dwie inne osoby z biura także. Trzeba przyznać, że – w takim razie – przechodziłam dość lekko. Jedyna niedogodność, jaka ciągnęła się przez kilka dni, to osłabienie. Takie uczucie, że na nic nie mam siły, wszystko mnie przerasta, chcę się tylko położyć. Od początku tygodnia byłam już w pracy, ale jak wracałam do domu, nigdzie już nie wychodziłam, zrobiłam kilka szybkich rzeczy. Nawet, gdybym chciała się zmusić do wyjścia, to uznałam, że powinnam zostać w domu.

Miałam też zatkany nos i uszy. Irytujące uczucie, jakby ktoś wpompował wysokie ciśnienie w górę mojej czaszki.

Zaczynałam się zastanawiać, czy tak będzie już wyglądać moje życie, czy ja jestem jakaś stara. Albo, czy to nie jest objaw jakiejś poważnej choroby.

Na szczęście, wczoraj był pierwszy dzień, kiedy energia była na zwyczajowym dla mnie, czterdziestoparolatki, poziomie. Nie jakieś wodotryski energii, ale uznałam, że jest całkiem ok.

Nieintencjonalne

Od bardzo dawna unikam tutaj opisywania spraw pracowniczych. Świat bywa mały i nigdy nie wiadomo, kto kogo rozpozna. Ta historia może trochę rozjaśni to, jak się czułam przez kilkanaście miesięcy.

Miałam trudną szefową. Na plus trzeba jej przyznać, że to specjalistka w swojej dziedzinie, ogarnia mnóstwo spraw, łączy wiele sznurków, odpowiada za mnóstwo projektów. Może to także jej wada, bo bierze na siebie wszystko, co jej przełożeni zrzucą. Jakby „nie” było przyznaniem się do bycia niekompetentnym.

Jednocześnie, a może właśnie dzięki temu, to perfekcjonistka, pracoholiczka, osoba z trudem lub wcale przekazująca kontrolę nad czymkolwiek. Przedstawicielka pokolenia lat 60tych, tych którzy, po zmianach systemowych, czuli jak otwiera się dla nich świat i oddawali temu światu każdą minutę życia. O ile za komuny było więcej life niż work w tym balance, a teraz ludzie chcą „life-work balance”, to jej pokolenie uznawało, że istnieje „work”.

Perfekcjonistka, przy każdym błędzie, nawet takim zdarzającym się raz na kilka tygodni, wpadająca w irytację. Irytacja to za mało. Okraszone to było wieloma zdaniami subiektywnych, raniących komentarzy. Wypowiedzianych wysokich, uniesionym tonem. Krzyki także się zdarzały. Ale może krzyk to jeszcze nic – gorsze zapowiadało milczące, rzucone spojrzenie. Kiedyś była pracownica powiedziała, że boi się ją spotkać i przeżyć to spojrzenie. Wydawało mi się to wtedy przesadą. Po kilku miesiącach ja także miałam wrażenie, że w tym spojrzeniu bywa pretensja, zarzuty. Nie wskazywała  błędów. Po prostu odsyłała dokument bez słowa. Po dwóch, trzech próbach podpytania już bałam się to robić. Wiecie, ten niemerytoryczny słowotok kilkunastu zdań. W panice czasem, starałam się wyczuć, co jest nie tak. Czasami trafiałam za trzecim razem. Odsyłała także dokument do poprawy po natknięciu się na jakiś pierwszy błąd,  nie przeglądając reszty, potem okazywało się, że są jeszcze jakieś inne i wpadała w złość. Bo poprawiłam ten pierwszy tylko. Błędy mogły być korektorskie, redaktorskie, inne słowo jej się podobało, brakowało przecinka, złe linie. Dodam, że naszym zadaniem było procedowanie dokumentów urzędowych, a nie wypuszczanie na rynek powieści. I były to dokumenty przesłane przez inne jednostki, które musiałam poprawiać dla niej, by wyglądały idealnie. To nie ja byłam pierwszą autorką.

Pracoholiczka, pracująca po kilkanaście godzin na dobę, w trudnym okresie roku nawet do nocy. Typ który nie chodzi na urlop, a gdy jest do tego zmuszony przez kadry, to w trakcie urlopu wpada na chwilę do biura rano i zostaje do 16:00. W związku z tym, jego organizm jest w stanie totalnego przemęczenia, co odczuwa otoczenie. W końcu pozwoliła sobie na plan dwutygodniowego urlopu, by na kila dni wcześniej, zamienić taki urlop na szereg pojedynczych dni do wzięcia. Możecie zgadywać, ile ich wzięła w roku. Tak, trzy. I wszystkie były po coś – wypełnione zadaniami poza pracą. W związku z tym, nie istniało coś takiego jak nadgodziny i ich odbiór. Tylko słyszeliśmy, że ona pracuje po nocach.

Silne poczucie kontroli. Musi sczytać każdy dokument, być na każdym spotkaniu, omówić każdą sprawę. Nie potrafi scedować tego na kogoś drugiego.  Gorzej, zdarza jej się poprawiać po pracownikach i następnego dnia im to wypominać. Dlatego jej dzień pracy nie ma końca.

Najgorsze w tym jest to, że człowieka cały czas starał się zasłużyć na jej uznanie, słowa pozytywów. Dopiero nie pracując tam, człowiek widzi w jakim mentalnym obozie koncentracyjnym siedział. Szczególnie, że – o ironio kosmiczna – ta kobieta jest serdeczna, miła, słodka, kochana, uprzejma. Ktoś z boku powie, że to niezwykle dobry człowiek. W zalecie bywa wada – potrafi za plecami pracownika obgadywać jego sprawy z innym pracownikiem. Większość uważała, że wszystko jest ok, kobieta jest trudna, ale trzeba po prostu spełniać jej oczekiwania i być równie perfekcyjnym. Najlepsze pracownice miały tę zdolność zamieniania silnego stresu w choroby psychosomatyczne. Reszta się wykruszała – w ciągu ostatnich czterech lat, odeszło z tego zespołu ponad dwadzieścia osób. Na kwestie zdrowia, szefowa jest bardzo wyczulona, dba i troszczy się o swoich pracowników, martwi ich stanem. Ucieczka w chorobę to wspaniały dar.

Moja psychika się załamała, więc okazała się czymś beznadziejnym. W moim mniemaniu. Ale moje stresy się wyładowały. Może ten mięczak wyszedł na tym lepiej i będzie zdrowszy.

Mogłabym opisywać bez końca i bez końca.

Pod koniec mojej pracy, cała firma miała szkolenie o mobbingu. Żeby ładnie wyglądało w raportach. Dowiedziałam się, że to mobbing nieintencjonalny. Człowiek tak radzi sobie z narastającym stresem. Jak można się domyśleć, szefowej na szkoleniu nie było, bo miała ważne spotkania.

Męskie biuro

Skoro mam już umowę o pracę na czas nieokreślony – co też uruchomiło moje dodatkowe lęki i strachy – mogę opisać trochę moją pracę.

Od kilku lat nie pracowałam w takiej małej, kameralnej firmie – dziesięciu pracowników plus właściciel. Za to nigdy nie pracowałam w firmie, gdzie proporcja kobiet do mężczyzn to 3:8. A i w branży ma się głównie z mężczyznami do czynienia. Mam doświadczenie pracy w żeńskich zespołach i jest ono ambiwalentne. Nie da się ukryć, że bywa siostrzańsko, wspierająco, ale jak wybucha drama, to wybucha na dobre. Jestem typem rezonującym z otoczeniem i po prostu niczym w pustej jaskini rozbrzmiewały we mnie te smutki, żale, pretensje, wkurwy, urazy, ale też radość. Co dziwne, to ostatnie jakoś rzadko. Polska kobieta nie idzie do pracy się cieszyć. Czasami, wracałam do domu załamana, z rozkręconym stanem lękowym, ale nie z powodu moich spraw, ale atmosfery stworzonej przez inne.

Naiwnie sądziłam, że mężczyźni rozwiązują swoje problemy jak za czasów dzieciństwa – krótka napierdalanka, potem podanie dłoni i idziemy dalej. Zabawnie się teraz czuję z tym moim przeświadczeniem. Już po kilku dniach, zorientowałam się, że pracuję w jednym pomieszczeniu z dwoma skonfliktowanymi mężczyznami, skonfliktowanymi tak, że nie odzywają się do siebie, komunikaty puszczają obok, nawet każdy słucha swojego radia. Dowiedziałam się, że to trwa już od lat. Tyle, że każdy stara się nie wplątywać w konflikt innych osób. Co do tego nie byłabym taka pewna. Zastanawiam się, czy to kwestia leków, czy jednak innej energii w tym konflikcie, ale na razie to po mnie spływa.

Upadł także mit, że mężczyźni nie plotkują. To takie pleciuchy i media, że kobiety tylko im dorównują. Szczególnie to widzę, jak zaglądam do magazynu. Jest połączony z częścią kuchenną dla nas wszystkich, więc wędruję do tej części budynku kilka razy dziennie. I to nawet dobrze, bo nieźle jest mieć miłe relacje z kolegami z działu realizacji. W każdym razie, gdy tam zaglądam, mam streszczenie różnych firmowych historii, opowieści, prognozowanych planów. TVN Fakty. Kiedyś zrobiłam sobie herbatę i tam mnie zagadali, że herbata ostygła, wypiłam ją i zrobiłam przy okazji kawę, by się nie wracać, bo znowu mnie zatrzymają. Ale przy takich okazjach, człowiek dowiaduje się mnóstwa pobocznych rzeczy o swojej firmie.

Na razie, chwalę sobie szefa mężczyznę, choć do ideału mu sporo brakuje. Jest jednak niczym Edward Gierek przy Pol Pocie, którym była moja poprzednia szefowa. Ostatnio sporo się pisało o mobbingu w miejscu pracy i zastanawiałam się, czy poświęcić jej trochę miejsca.

Dobre i mniej dobre

Z wiadomości dobrych. Skończył się okres próbny w mojej pracy i dostałam przedłużenie umowy na czas nieokreślony.

Z wiadomości gorszych. Na początku tygodnia, dwie osoby pracujące ze mną w pokoju (z sześciu) rozchorowały się i poszły na zwolnienie lekarskie. Były jeszcze w poniedziałek i wtorek. Ja w środę poczułam się gorzej. Uczucie rozkładania, swędzenie w nosie i gardle, koncentracja na poziomie niemowlęcia. Miałam nadzieję, że to tylko początek kataru, a nie jakiejś infekcji wirusowej. W domu, wzięłam lekarstwo i już niczym się nie zajmowałam. Lek pomógł, poczułam się zdrowiej, ale za to nie mogłam zasnąć do 2:00 w nocy, a od 4:00 się wybudzałam co moment.

Dziś pojechałam do pracy. Nie potrafiłam tak po prostu olać wszystko i też iść na zwolnienie lekarskie. Z sześciu osób, dwie są chore, dwie w trasie po kraju, jedna pracuje tego dnia zdalnie z domu. Gdybym została chorować, nie byłoby osoby do odbierania telefonów, a jedna koleżanka pracowałaby za kilka osób.

Rano ponownie źle się czułam, ale katar jest lekki. Wzięłam lek i jak zaczął działać, mogłam pracować jak normalny człowiek.

Od piątku, w biurze jest niemal pełna obsada, wzięłam więc dzień wolnego. Nie będę boomersko zduszać choroby lekami i chodzić do pracy, jak to robiłam przez wiele. Korzystam ze zmian mentalności na rynku pracy. I też po prostu, powinnam zacząć szanować swoje ciało.

Wnętrzarskie puzzle

O tym, że czasami warto odpuścić. W tamtym tygodniu byłam strasznie zmęczona. A było co robić w domu, bo po skręceniu łóżka Młodej, trzeba było poukładać w jej pokoju.

Miałam w planach zabrać się za to w piątek po pracy. Spojrzałam na skomplikowany układ na środku pokoju – biurko, półka, wąska szafa, pudła. Próbowałam to ruszyć, ale przypominało  to takie puzzle, które przesuwa się w ramce. Żeby wstawić klocek z obrazkiem we właściwe miejsce, trzeba przesunąć inne, by te przesunąć trzeba zsunąć inne, a te wchodzą na miejsce tego pierwszego. I tak je przesuwasz bezsilnie. Chciało mi się płakać ze złości na swoje zmęczenie. Nie wiedziałam jak ruszyć właściwy klocek. Młoda stwierdziła, że przecież nie muszę sprzątać, mogę się położyć. I to była rada, którą sama miałam ochotę kiedyś mówić mojej matce, gdybym miała odwagę wypowiedzieć tak brutalną rzecz. I skorzystałam z niej.

W sobotę ogarniałam proste sprawy, jak zakupy, pranie, odkurzanie, obiad. Na tylko tyle dałam rade znaleźć w sobie energii. Weekend w domu, bez dziecka. Spokój. Usiadłam z kawą. Rozmyślałam, czy jestem taka stara i praca wystarczająco wypompowuje mnie z sił. Obejrzałam jedną serię dokumentu na Netflixie. O oto, gdzieś koło 18:00 energia życiowa wreszcie wróciła. Poczułam, że siedzenie i oglądanie kolejnego filmu, to strata czasu. Poszłam do pokoju Młodej i wreszcie zobaczyłam jak ruszyć mebel A, by przesunął się mebel B, by wstawić mebel C i mógł wejść obok D. Ułożyłam puzzle.

Meble

Jak zwykle – chyba muszę napisać – w moim mieszkaniu panuje przejściowy bałagan. Prawie miesiąc temu, zamówiłam nowe łóżko do pokoju Młodej. Starałam się by było w miarę solidne – z szufladami pod spodem, by można było schować różne rzeczy. I czekałyśmy aż zostanie zrobione. O kupnie materaca już pisałam. Paczki z łóżkiem przyszły w poniedziałek, we wtorek wieczorem przesuwałyśmy niektóre meble by zrobić miejsce na ten nowy. Młoda wyniosła trochę pudeł na korytarz i do mojego pokoju. Plus prostujący się jej materac, plus materac, na którym ona śpi w dużym pokoju. Dlatego teraz, poruszanie się wymaga zręczności rosyjskiej baletnicy albo niemieckiej gimnastyczki.

O złożenie łóżka poprosiłam ojca Młodej i podejrzewałam, że jak to zwykle, nie będzie mu się schodził odpowiedni czas i miejsce. Tu zaskoczenie, przyjechał już następnego dnia. Składanie zajęło kilka godzin. W dodatku, pomagała mu córka. Dzielnie skręcała śrubami szuflady. Nie wiem, gdzie podziały się moje geny, ale nie ma ich w niej 😊

Łóżko z materacem już stoi. Jest duże i ładne. Teraz tylko wywaliłam pudła, folie, przedtem wyprawa na pocztę i to nie na tą, na której nie ma kolejek, bo ajent ma urlop. A to były dwa punkty z trzech, czterech dzisiejszego planu po pracy.

Ani jogi, ani tai chi dziś nie wcisnęłam. Nawet nie starczyłoby mi sił.