Zjednoczone stany samotnych matek, cz. 2 – o czym mówią Domy

Jeszcze jeden wpis na temat „Sprzątaczka. Jak przeżyć w Ameryce, będąc samotną matką za grosze” Stephanie Land. Jak wspomniałam ostatnio, bardziej oczekiwałam, że będzie to zbiór anegdotek na temat domów, w jakich przyszło sprzątać autorce. I oczywiście, część książki w tym stylu jest. Choć nie są to anegdoty. Są to opowieści o Domach. Te zazwyczaj są pozbawione właścicieli, którzy na czas sprzątania wychodzą. Dlatego, to te domy są ich obrazem, odbiciem. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale nawet gdy nas nie ma, nasze mieszkanie jest nadal częścią nas. Osoby sprzątające mają dostęp do najbardziej intymnych zakamarków. Otwierają szafki, szafy, zaglądają do szuflad. Czasem potrzebnie, czasem nie. Wiedzą, że cierpisz na bulimię, albo jesteś uzależniony od porno. Z zobaczonych okruchów tworzą pejzaż rodziny. Oprócz tego, co zauważa Land i ja też podejrzewam, mury, meble przesiąkają emocjami ludzkimi. Domy są smutne, radosne, refleksyjne.

Relacja jest zwrotna. Jeśli właściciele zostawiają osobie sprzątającej jakiś drobiazg, spersonalizowaną karteczkę, ta osoba także inaczej patrzy i sprząta ten dom.

Ta książka pokazała mi moje główne obawy wobec wynajęcia osoby do sprzątania. Oprócz tego, oczywiście, że mnie nie stać 🙂 Nie wiem, czy byłabym gotowa wpuścić kogoś do swojego życia, aż tak intymnie. Przecież można z kimś latami uprawiać seks, rozmawiać o bliskich rzeczach, a nie wiedzieć o nim tyle, ile wie o nim osoba, która u niego sprząta. A może to tylko kwestia przekroczenia pewnej bariery emocjonalnej i potem już się tego nie zauważa.

Ostatnią kwestią jest także sprawa zdrowotna. To zajęcie niesamowicie wyniszczające fizycznie. Land pracowała tak kilka lat, a szybko musiała zacząć korzystać ze środków przeciwbólowych. A niektóre osoby pracują tak latami, do końca swoich możliwości wiekowych.

Zjednoczone stany samotnych matek, cz. 1

Mam za sobą kolejną lekturę, którą podejrzewałam o bycie raczej lekką i zabawną, a okazała się odrobinę przygnębiająca. „Sprzątaczka. Jak przeżyć w Ameryce, będąc samotną matką za grosze” Stephanie Land. Na szczęście, teraz mam już inne nastawienie i czytało mi się dobrze.

Byłam nastawiona na obserwacje socjologiczne, społeczne związane z pobytem w cudzych mieszkaniach. A książka jest o czymś innym.

Dla mnie to ciekawe porównanie przechodzenia przez bycie samotnym rodzicem w Polsce, a w Stanach Zjednoczonych. Najważniejsze są dwie bazy – wykształcenie i baza rodzinno-emocjonalna. Land nie zdążyła nawet rozpocząć studiów, co w kraju, gdzie edukacja jest płatna i kosztowna, nie jest takie niecodzienne. Korzystając z różnych stypendiów próbowała skończyć studia już mając dziecko, co było mocno rozciągnięte w czasie. Bez wykształcenia, miała ograniczony zasięg stanowisk pracowniczych. Drugą częścią jest baza rodzinna. I nie tylko jest to wsparcie finansowe, słowne, czego nasza autorka nie miała, ale także wsparcie emocjonalne od wczesnego dzieciństwa, które buduje poczucie własnej wartości i siłę psychiczną. Bez tych dwóch rzeczy, samotna matka na starcie ma bardzo trudną sytuację. Sama to widzę po sobie. Gdy urodziłam dziecko, miałam za sobą studia, w miarę dobre CV, dzięki czemu udawało się znaleźć pracę. Od rodziny dostałam poczucie wartości, drobną pomoc finansową i coś, bez czego jako samotny rodzic, okresowo bez pracy, nie wiem jak bym sobie w życiu poradziła – własne mieszkanie. Zdaje sobie sprawę, że brak zmartwień o spłatę kredytu, opłaty za wynajem, czy szukanie własnego kąta, to 50% ciężaru mniej.

Inna kwestia to system wsparcia dla najuboższych w Polsce i Stanach. Land pracowała jako sprzątaczka, ale także jako ofiara przemocy ze strony partnera korzystała z różnych państwowych form wsparcia. Choć tu, czytając, zaczynałam się gubić w tych wszystkich drobiazgach. I od tamtego czasu, trochę mogło się zmienić. Polska to kraj socjalny, a Stany to świat selfmade mana i pracy na własny sukces, ale mam wrażenie po lekturze, że tam opieka socjalna została ciekawiej skonstruowana. Może właśnie dlatego. W Polsce jak dostaniesz mieszkanie komunalne i socjalne, to wystarczy, że płacisz rachunki (a czasem i to nie) i możesz czuć, ze oto dostałeś coś na zawsze, co się absolutnie należy i czego nie można stracić. W Stanach są programy pomocowe związane z mieszkaniami, które mają dużo ograniczeń i zasad, których trzeba się trzymać – osoby w nie wchodzące są kontrolowane pod względem trzeźwości, testowane, mają niezapowiedziane odwiedziny służb, w niektórych miejscach nie wolno im przyjmować żadnych gości. Zamiast zasiłku dostaje się bony żywnościowe, za które też nie można kupić wszystkiego. Nasza autorka na przykład nie mogła kupić mleka dobrego jakościowo dla dziecka, bo to zostało usunięte z listy.

W Polsce istnieje mit, że z zasiłków i zapomóg można sobie miło i spokojnie żyć. Książka Land dawała wrażenie, że w Stanach trudno wejść do programu pomocowego, łatwo z niego wylecieć, ale jak się w nim jest to ma się większe profity niż w Polsce.

Inną kwestią jest jeszcze to, że w wyniku przeświadczenia, czy autocenzury, Land wszystko opisywała jako bardzo restrykcyjne, zaznaczała jak fatalnie się czuje w tej sytuacji i jak upokarzające bywały dla niej zakupy w supermarketach. Nie wiem, czy ludzkie spojrzenia, uwagi to były jej projekcje, czy naprawdę to się tam zdarza. W Polsce krytykuje się osoby korzystające z pomocy społecznej, ale nie robi się tego otwarcie stojąc obok nich w sklepie.

Wpis zrobił się długi, więc może moje wrażenia o jej pracy będą kiedyś w kolejnym.

Na koniec cytat z książki, który jest niemal bliźniaczy z tym, co ja czasami piszę. Jak widzę są na świecie „zjednoczone stany samotnych matek”:

Większość mojego życia jako matki polegała na niezręcznym chodzeniu na palcach, dosłownie i metaforycznie, w niepewności, czy w ogóle można zaufać powierzchni. Ilekroć zbudowałam fundamenty, ścianę, podłogę czy nawet dach nad naszymi głowami, byłam pewna, że znów się zawalą. Moim zadaniem było przeżyć katastrofę, otrzepać się i odbudować, co się da”.

Na całej połaci śnieg

Niestety, chyba się starzeję, albo zostałam rozpieszczona ostatnimi latami. Cztery, czy pięć dni większego mrozu i mam jednak dość. A najlepsze, że ja praktycznie przez te ostatnie dni nie wychodziłam z domu. Sama myśl, że za oknem jest tak zimno mnie męczy. Żadne tam zimowe spacery, wędrówki, zjeżdżania z górek i tym podobne. Nigdy tego nie lubiłam. Nawet jako dziecko nie przepadałam za tym. Wychodziłam, uczęszczałam, bo czułam, że powinnam być z innymi dziećmi i robić to co one. Jako nastolatka, łaziłam w śniegu ze znajomymi, bo chciałam być obok nich. Ale do dziś to wspomnienie mrozi mi krew w żyłach 😉

Z opisu wychodzi na to, że jednak byłam kiedyś sporo na świeżym powietrzu. A teraz, piątek – praca zdalna, weekend spędzony tylko w domu i wczoraj byłam w pracy. Jak do niej dotarłam, to czułam się, jakbym zaliczyła jakieś wielkie osiągnięcie, K2 niemalże. I odliczam godziny do ocieplenia.

Wpływ na to na pewno ma też to, że przez ostatnie lata nie przygotowałam się ubraniowo na taką zimę. Tylko jedna para rękawiczek (jako nastolatka miałam na dłoniach trzy pary, z czego ostatnia warstwa to były takie jednopalczatki). Mam w szafie kożuszek, ale czuję się w nim głupio, nosiłam go trochę chyba z pięć lat temu. I wymaga on niestety odświeżenia, a to spore koszty. Nie lubię ubierać się na cebulkę – czuję jak ubrania mnie „żrą” i duszę się. To chyba kwestia nadwrażliwości sensorycznej.

Nie wiem, jak kiedyś wytrzymywałam prawdziwe zimy. Kompletnie tego nie pamiętam. Błyskawicznie zaadaptowałam się do ciepłych zim.

Starzeję się. Kilka dni mrozu, a ja czuję się jakby na mnie spadła katastrofa klimatyczna 🙂

I wiem, że dla klimatu, przyrody taki mróz będzie dobry. Wiem, wiem 🙂

Życie się skurczyło

Życie się ostatnio skurczyło. Nie wychodzę z domu, nie mam więc tematów do wpisów. I rozważanie o tym, zaprowadziło mnie wspomnieniami do miejsca, które bardzo lubiłam odwiedzać. Klubokawiarnia założona już prawie trzy lata temu. Na drugim końcu miasta, ale warta podróży. Dobre zapiekanki, z co miesiąc ciekawymi limitowanymi smakami, fajne piwa rzemieślnicze, byłam fanką pomarańczowego. Dla mnie najważniejsze było to, że obok miejsca gastronomicznego stworzono tam miejsce kulturalne – wykłady co wtorek, gry zespołowe co środa, w weekendy koncerty, promocyjne spotkania. By prowadzić miejsce nie wystarczy tylko sprzedawać kawę i piwo. Oni mieli na swoje miejsce super pomysły. Chcę używać czasu teraźniejszego.

Bo w październiku, lockdown zamknął lokal. Mimo pomysłów bywalców, właściciele nie zdecydowali się na wydawanie zapiekanek, czy piwa na wynos (tego drugiego nawet chyba nie mogli). Zaglądam na ich profil na fb, co jakiś czas. Zaniepokojona. Nie ma żadnych wieści, ale brak wieści, to może też i dobre wieści.  Przecież co miesiąc trzeba zapłacić czynsz za nieczynne miejsce. Nie wiem, czy mają oszczędności, co teraz robią, czy muszą dorabiać gdziekolwiek.

Oni, bo lokal prowadzi dwóch fajnych facetów. Twórczy, sympatyczni, z pomysłem na życie.

Tak bardzo bym chciała, by ten lockdown ich nie wykończył.

W marcu, kwietniu ukazało się sporo artykułów o życiu osób, które zamknięcie wykańcza zawodowo. Teraz, niemal po roku, cisza. A tragedie przecież są zapewne bardziej spotęgowane.

Mam szczęście, że mogę mieć stałą, bezpieczną pracę. Choć, z pewnych względów, doprowadza mnie do mnie do stresów.

Osiecka – kiedy piękniej się żyje na papierze

Garść luźnych refleksji na temat pewnego serialu, który ostatnio oglądam. To „Osiecka”, oparty na życiu poetki i autorki wielu tekstów piosenek. Pominę fakt, że serial leci i jest produkowany przez TVP, Gwiazdę Śmierci, której się nie powinno oglądać i popierać, ale trudno. Pani w warzywniaku tez nie pytam o poglądy.

Media skorzystały z okazji i pojawiło się mnóstwo artykułów na jej temat. Lubię czytać komentarze, więc zobaczyłam jak z latami zmienia się ludzka mentalność. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, pomnik Osieckiej zbrązowiał, a ludzie stali się wobec niej bardziej krytyczni. Pojawia się krytyka jej picia, relacji z córką, relacji z mężczyznami. Jak kiedyś, Osiecka była – dla współczesnych – pomnikiem, królową piosenki, artystką, obłokiem, tak potomni mówią „i co z tego”, „artystom nie wolno wszystkiego, tylko dlatego, że są artystami”. Może wynika to właśnie z pewnej aury niedostępności informacji. Osiecka niby była dla wszystkich, ale tak naprawdę wtedy nieliczni znali szczegóły z jej życia. Można sobie wyobrazić, co media by z nią zrobiły dziś, gdyby współcześnie miała taki stosunek do mężczyzn. A wtedy także prawdopodobnie ludzie by krytykowali, plotkowali.

Ja osobiście, jestem odrobinę scenariuszem rozczarowana. Chciałabym poznać Osiecką jako artystkę, twórczynię, przyjaciółkę, jej emocje, lęki, smutki. Dowiaduję się tylko, że dużo piła i co odcinek ma nowego kochanka. Takie tabloidyzowanie życia nietuzinkowej postaci. Przez to wszystko, bardzo dobra artystka, z ogromną wyobraźnią, kunsztem słowa, wrażliwością, jawi się jako egocentryczna, skupiona tylko na sobie, odcięta od własnych emocji kobieta. Tylko, nie próbujemy się nawet dowiedzieć dlaczego.

Moje też prywatne spostrzeżenie. Wszędzie natykam się na opinie, że Osiecka była pięknością, ludzie za nią ciągnęli, skupiała na sobie uwagę. Bardzo się staram zapatrzeć, ale ja tej urody u nie widzę. Na żadnym z etapów jej życia. Ładna, ale bez przesady. Uroku też nie widzę, takiego, który by kradł duszę. Może w żywym kontakcie widać było co innego. Może należę już do innego pokolenia, innej epoki.

W serialu lubię patrzeć na oddane realia społeczne, polityczne, towarzyskie tamtej epoki. Na tamte znakomitości ze świata filmu i piosenki.

Nadal podejrzewam, że Osiecka należała do typu człowieka, który ładniej żyje pisząc piękne słowa, niż traktując drugą osobę. Życie, kiedy się je bezpośrednio dotyka, bywa nieznośnie życiowe.

Jak życie toczy się dalej

Przez ostatnie dni odpoczywałam i wiązało się to też z nie włączaniem komputera. Taka zupełnie odcięta od świata nie byłam – przeglądałam sobie internet w komórce. Komputer kojarzył mi się z pracą, a nie miałam ochoty sobie o niej przypominać, gdy mam wolny czas.

W sobotę nie wytrzymałam i umówiłam się na herbatę z przyjaciółką. Rozmawiamy przez telefon co jakiś czas, ale brakuje mi osobistego kontaktu z człowiekiem. Zabrałam Młodą na wizytę, by zobaczyć, że moje dziecko potrafi być ciche, prawie nieruchome i nieme 🙂 Przy obcych.

Cały poprzedni tydzień czułam się znowu źle, ale o dziwo mój cykl skończył się wczoraj. Trzy dni za wcześnie. Z dwojga złego, jeśli moja linia produkcyjna ulega wygaszeniu, to wolę miesiączki częste niż rzadkie. Szczególnie, że są bezbolesne, krótkie i skąpe. Siedem, dziesięć dni zespołu napięcia jest tego warte, jeśli alternatywą ma być tych dni kilkadziesiąt pod rząd.

Lockdown sprawił, że w moim życiu nic się nie dzieje. Nie mam nawet żadnych głębokich przemyśleń życiowych 😉

Nie można też przeoczyć, że pojawiło się słońce w moim mieście 🙂

Na rozpoczęcie roku

2021 rozpoczął się mocny akcentem i to nie tylko na arenie międzynarodowej. W poniedziałek rano dostałam telefon. Akurat miałam dzień pracy zdalnej. Okazało się jednak, że koleżanka z pokoju miała kontakt z osoba chorą na covid, sama źle się czuje, więc wszystkie mamy prace zdalną, aż do końca tygodnia. Ostatni raz pracowałyśmy razem w sylwestra.

Żeby jednak nie było tak idealnie, to moja przełożona poprosiła o przesłanie mailem planu pracy do końca tygodnia. Wysłałam, ale nie tylko ja dostałam odpowiedź, że to zajęcie na jeden dzień i mam to poprawić. Kłopot w tym, że w grudniu pracy było na czasem 9-10 godzin dziennie. A nie ewidencjonuje się nadgodzin. Teraz pracy jest niewiele, takie tam ogarnianie początku roku. Prawie miesiąc czekaliśmy na ten moment, by odetchnąć.

W takim razie poprosiłam o udzielenie urlopu na czwartek i piątek. W wymianie mailowej mogło to wypaść niefortunnie, jakbym się obraziła, ale trudno. Chciałam poprosić o urlop w przyszłym tygodniu, by wreszcie trochę odetchnąć i pobyć z dzieckiem na feriach. Tak się złożyło, że zaczęłam go trochę wcześniej.

Tak oto jestem na obywatelskiej kwarantannie. Zakupy zamówiłam w necie, nie wychodzę nigdzie z domu, chyba, że na krótki spacer koło domu. Czuję się dobrze, więc chyb w weekend wypuszczę się dalej.

Nadal jednak trzyma mnie trochę napięcie, stres, lęk jeszcze z końcówki roku i ciężko mi się wyluzować. Nie wiem, kiedy w końcu będzie normalnie.

I bardzo brakuje mi światła słonecznego. Baterie mi się już wyczerpują.

Raport noworoczny

Wreszcie raport noworoczny 🙂

W sylwestra byłam w pracy, ale na szczęście już o 13:00 zostaliśmy wypuszczeni do domów. Rok budżetowy zamknięty, wszystkie dokumenty rozliczone i wreszcie, po raz pierwszy od wielu dni, chyba wszyscy byli uśmiechnięci, rozluźnieni i żartobliwi.

W tym roku miałam mieć swojego sylwestra, a Młoda miała być u ojca. Jednak w obliczu obostrzeń, zachorowań, sama w końcu nie miałam ochoty do nikogo dzwonić, nikogo wypytywać. Oddałam sylwestra walkowerem, a Młoda była zachwycona. Narobiłam zakupów i wieczorem stworzyłam stół z przekąskami – chipsy, kabanosy, deska z kilkoma rodzajami serów, każda z nas miała swojego szampana. Okazało się, że moja córka kocha ser kozi i zajada się nim. Wymyśliła nawet nową przekąskę – chipsy Overabaked (pieczone) o smaku kurek posmarowane kozim serem. Smakowało pysznie! Połączenie kurek i koziego sera jest super. Podziwiam Młoda za to intuicyjne łączenie smaków.

Oglądałyśmy koncert sylwestrowy, chwilę potańczyłyśmy. Wreszcie nadeszła północ i przeszłyśmy się na krótki spacer by pooglądać sztuczne ognie. Tak, wiem, sztuczne ognie to zło i niszczą środowisko. Jednak, po roku lockdownu, ograniczonego życia towarzyskiego, pozamykanych miejsc, w których dostawałam energii, cicha noc noworoczna to byłoby już dużo.

A potem wreszcie mogłam przebrać się pidżamę i włączyć jakiś serial 🙂

Pierwszą rzeczą, jaką powitała mnie w Nowym Roku, po przebudzeniu była… zapchana toaleta. Zapewne, moja córka skorzystała w nocy, a ona zużywa ogromne ilości papieru toaletowego. Trzymałam kciuki by to było wyjaśnienie, a nie na przykład jakieś ubranie jednego z sąsiadów dziewięć pięter nade mną. Poprzepychałam, pogrzebałam, powyciągałam ten papier i w końcu akcja zakończyła się sukcesem. Wbrew pozorom, uznałam gówno na powitanie roku jako dobrą wróżbę 😉

Reszta wolnych dni upłynęła na lenistwie.

Optymistyczny koniec roku

Opis tego roku chciałam zakończyć czymś optymistycznym.

Jak kiedyś pisałam, po inwazji pluskiew, byłam zmuszona do szybkiego wyrzucenia kanapy. Potem jeszcze doszłam do słusznego wniosku, że mam – nie odświeżane od kilku lat – brudne ściany. Odmalowałam je. Lekko przestawiłam jeden segment regału, zmieniają optycznie ten kąt pokoju.

W weekend przed świętami dojechała kanapa, została złożona przez wynajętego fachowca w poniedziałek przed Wigilią. I tak, po trzech i pół miesiąca, nie śpimy na podłodze. Niby przyzwyczaiłam się do twardej powierzchni pod bokiem, ale różnica jest kolosalna. Kanapa jest w tym samym stylu co poprzednia, ale pozwoliłam kolor wybrać Młodej. I wybrała ciemny, wyrazisty granat.

Oto kanapa wyznaczyła dalszy kierunek zmian w reszcie pokoju. Wymyśliłam, że na ścianie, nad kanapą będą naklejki. Wybierałyśmy je razem z Młodą. Spodobało nam się strasznie drzewko z kotkami siedzącymi pod, na nim. Ja sama dokupiłam jeszcze cytat motywujący. Jedyny w tym sklepie, wśród romantycznych, pompatycznych tekstów, zabawny. Po tym roku, na ten przyszły potrzebuję czegoś, co doda mi energii, a nie rozmaże. I tak nad biurkiem mam: „A teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu. Król Julian” 😊

Z naklejkami był pewien problem, bo nie mogłam początkowo rozgryźć jak się je nakleja. Ale konsultacja z moim praktycznym dzieckiem i filmikami w necie, pomogła mi.

Naklejki są niebieskie. Kolejnym krokiem był zakup nowych zasłonek. Bo poprzednie są zielone. Choć Młoda twierdzi, że żółte 😊 Zabrałam je jeszcze z domu rodzinnego, podarowane przez mamę i lekko skonfudowana zauważyłam, że takie same mają Rysiek i Grażynka, bohaterowie „Klanu”  w pierwszych odcinkach 😉 A to był 1997 rok 😊 Skorzystałam z lokalnego sklepu praskiego, w którym klimat jest niczym z przełomu lat 80tych i 90tych, ale mają ogromny wybór tkanin i niezwykle miłe panie. Podszyły mi od razu też zasłony i miałam je jeszcze przed Wigilią. Zasłony są białe, a granatowe, geometryczne wzorki.

Przedtem pokój był w brązach, z elementami zieleni. Teraz jest w ciemnych brązach i granatach. Zasłony rozświetliły i oziębiły kolorystycznie pokój. Wszystko mocno się zmieniło i początkowo nie mogłam się przyzwyczaić

Jednak w 2021 wchodzę w jakby nowym mieszkaniu.

Pożegnania

Nie ostatniego dnia roku, ale nie jako ostatni wpis, podzielę się smutną wiadomością. Tydzień temu zmarła nasza druga świnka morska. Miała już prawie sześć lat, ale wiem, że w zaciszu domowym świnki żyją dłużej. Jadła, piła normalnie, ale w ciągu ostatnich dni jej sierść się jakby przerzedziła. Rano dałam jej jeszcze jeść, a gdy wróciłam z pracy, już leżała w klatce.

Tym razem, ze względu na porę roku, sytuację epidemiologiczną, nie myślałam już o żadnym pożegnaniu na łonie natury. Młoda płakała, przejmowała się tym, że świnka zostanie odwieziona i spalona. Ja płakałam. Napisałyśmy obie liściki do niej i włożyłyśmy do pudełka. Potem już sama poszłam z pudełeczkiem do lecznicy. Było mi smutno. Czuję, że nie powinno się tak żegnać zwierzaka. Jednak trudno.

Przez pierwsze dni miała ten odruch. Gdy wchodziłam do kuchni, tam stała klatka ze świnką – chciałam coś mówić, zagadywać. Bo zawsze jak tam byłam, coś przygotowywałam, to mówiłam jednocześnie do świnki. A z pokoju wolała moja córka, z pytaniem, czego od niej chcę. Wtedy ja wołałam, że przecież nie mówię do niej takim głosem 😊

Mam też odruch w tej kuchni, że zaraz usłyszę popiskiwanie, bo Tusia była głośnym, energicznym zwierzakiem.