Odejścia

Wczoraj dotarła do mnie smutna wiadomość. Zmarł nagle syn mojej znajomej. Rówieśnik Młodej. Znamy się głównie sieciowo, widziałyśmy się kilka razy, dzieci też. Przyczyna jest nieznana, ale też rodzice nie chcą na razie żadnych kontaktów, co rozumiem. Chłopiec chorował na chorobę genetyczną, ale taką, która nie prowadzi do śmierci. Ludzie żyją z tym szczęśliwie długie lata. Objawia się m.in. zahamowaniem wzrostu.

A to jedno z wydarzeń trudnego i bolesnego ciągu. Gdy przed laty diagnozowano chłopca, u jego młodszej, kilkumiesięcznej siostry wykryto jednocześnie białaczkę. Szczęśliwie udało się znaleźć dawcę szpiku, przeszczep się udał, dziewczynka cieszy się dobrym zdrowiem, bez nawrotów. Tyle, że choroba zdążyła uszkodzić ośrodek wzroku i dziecko jest niewidome. W wieku przedszkolnym zdiagnozowano u niej zaburzenia w spektrum autyzmu. Trudna mieszanka. Mąż koleżanki, przytłoczony sprawami, leczył się na depresję, czy to źle dobrane leki, czy coś innego, ale sprawiło, że przestały mu funkcjonuje dobrze nerki. Istniało zagrożenie, że uratuje go tylko przeszczep. Na szczęście, po długim pobycie w szpitalu, wyszedł z tego. Funkcjonuje w miarę normalnie.

Czasami starałyśmy się jakoś wesprzeć koleżankę, bo wiedziałyśmy jak bardzo jest zagoniona, zestresowana. Było podrzucanie obiadów, czy wysyłanie kartek świątecznych dla całej rodziny, ale też takich przestrzennych by wszyscy mogli się nimi cieszyć. Teraz nie ma nawet jak pocieszyć. Bo nie da się w takiej tragedii. I próbie zrozumienia, dlaczego to wszystko na dwoje ludzi.

Gdy takie rzeczy dotykają osoby, które zna się osobiście, to ma się odczucie pewnego nietaktu, braku wrażliwości, przy próbie jakichkolwiek dywagacji filozoficznych, czy życiowych. Nie będę się więc głębiej rozpisywać.

Majówkowo

Najciekawsze w weekendzie majówkowym było to, że nic się ciekawego nie wydarzyło. Młoda pojechała z ojcem na trzy dni na wycieczkę, a ja rozkoszowałam się trzema dniami ciszy i samotności. Cieszyłam się, że mam fazę na kanapowanie, bo tak miałabym problem jak w tym zimnie szaleć z podróżami, wędrówkami, spacerami, zwiedzaniem. A tak, problem z głowy. Jednak trzeba będzie w końcu powrócić do dawnych aktywności, bo się posypię fizycznie. A tak czas spędziłam na czytaniu i oglądaniu seriali. Ambitnie chciałam się zmieścić w dwucyfrowej liczbie kroków zrobionych w ciągu dnia, ale chyba przekroczyłam limit. To żart 🙂 A propos, szaleństwa jakie się dookoła mnie toczy w związku z zegarkami liczącymi kroki i ściganiem się, kto więcej ich zrobi 🙂

Młoda powróciła w poniedziałek wieczorem i opowiedziała trochę swoje wrażenia. Była u znajomej taty i jej nastoletniej córki. Podejrzewałam, że to jakiś nowy ktoś. Jednocześnie stresowałam się tym wyjazdem, ale nie w tradycyjnym sensie. Stresowałam się, że ktoś obcy będzie oceniał moje dziecko, a co za tym stoi mnie jako matkę. Że złe ubrania, że źle zadbana, że źle wychowana. Moje dziecko bawiło się dobrze 🙂

Dziś mam jeszcze dzień wolny. Podarowany przez firmę, w zamian za 2-go maja. Nie chciało mi się budzić wcześnie rano, dziecku też więc dałam wolne.

Szczepionkowo

Nie dałam się ponieść fali szczepionkowej. I to nie z powodu nieufności wobec medycyny. W styczniu, gdy wszyscy się rejestrowali, ja machnęła ręką. Myślałam, że zanim nadejdzie kolej mojego rocznika, to miną lata. W ogóle, sam system mi pokazywał, że czasu uleci sporo. Byłam też w przygnębiającym nastroju i to nie śmierć z powodu koronawirusa wydawała mi się najgorsza w życiu.

Potem nastąpił zabawny Prima Aprilis zorganizowany przez rząd i służbę zdrowia. Tego dnia byłam jeszcze na urlopie i pospałam sobie do 11:00, a może dłużej. Przy porannej kawie przeglądałam dyskusje na facebooku i z rozbawieniem patrzyłam na dramę, która toczyła się od świtu. Uwolnili możliwość zapisów na szczepienia dla chętnych, zarejestrowanych! Jednak będą to kasować! Jednak terminy szczepień zachowają ważność! A może jednak nie! Ludzie to byli w euforii, to we wściekłości. A mnie to latało koło ucha, bo i tak nie przysługiwała mi możliwość zapisu. Przecież nie rejestrowałam się w styczniu.

Próbowałam sobie wyobrazić, że Polska to covidowy Titanic i właśnie doczepiono nowe wolne szalupy, a ludzie do nich gnają tratując starsze roczniki 😉

Sprawdziłam, że mój rocznik może się zapisywać dopiero od 27 kwietnia i zapomniałam o sprawie. Wczoraj, w ciągu dnia sobie przypomniałam, ale pomyślałam, że to chyba jednak 28-go miało być.

Dziś rano dowiedziałam się w pracy, że wczoraj w ogóle uwolniono możliwość zapisów dla wszystkich niemal grup wiekowych i znowu ludzie wirtualnie tratowali się na stronie do zapisów.

Spokojnie, po 9:00, weszłam na stronę, wypełniłam formularz, pokazały mi się terminy i miejsca. Wszystko Astra Zeneca, ale kto przeszedł przez depresję, Astry się nie boi. Wybrałam. Zapisało się.

I tak oto, 23 maja o 13:00 będę się szczepić.

Noc pełni księżyca

Noc pełni księżyca. Przeżyłam ją w niezamierzonych zrywach. Zaczęło się od tego, że w nocy dzwonił telefon mojej córki, który ładował się w tym samym pokoju. Zrywałam się w łóżka, by go wyciszyć, ale nie potrafiłam wyłączyć tego alarmu. Okazało się to istotne, bo piosenka odzywała się przez całą noc, w dziwnych interwałach czasowych. Dziękuję ci Ariano Grande za tę noc. W międzyczasie, po 2:00, księżyc przeszedł na moją stronę bloku i świecił mi intensywnie w twarz. Zrobiłam mu zdjęcie. Obudziłam nawet Młodą, bo także czekała na zobaczenie tej pełni. Potem zrobiłam mu jeszcze zdjęcie o świcie, gdy już ukrywał się za drzewami, a pod nim rozpościerał się dywan świateł z latarni osiedlowych. Bo oczywiście, muzyczka nadal się odzywała. O 5:00 obudziło mnie pianie koguta, bo taki budzik ustawiła sobie moja córka, chcąc obejrzeć pełnię.

W efekcie, błogosławię fakt, że miałam dziś pracę zdalną, a moje dziecko dopiero na drugą lekcję. Po 8:00 tylko włączyłam komputer i maila. Padłam ponownie, aż niemal obie zaspałyśmy na tę lekcję.

Okazało się, że owa piosenka to były… powiadomienia z gry, które moja córka zapomniała wyciszyć…

Trans płynność

Jak się okazało, czy siedzę w domu, czy z niego wychodzę, zawsze jest szansa na dowiedzenie się czegoś ciekawego. Ten dokument na pewnej platformie filmowej polecił mi znajomy. To osoba dość głęboko interesująca się tematem transpłciowości i pod tym kątem oglądała także dokument.

Bo w naszych czasach płynność i trans okazuje się istnieć na różnych obszarach. „Rachel Divide” to historia Rachel Dolezal, aktywnej Afroamerykańskiej działaczki w lokalnym komitecie walki o prawa osób czarnoskórych, która okazała się być osobą białą, pochodzącą w etnicznie białej rodziny. Na Dolezal wylała się ogromna fala hejtu ze strony czarnej społeczności. Dokument ukazuje m.in. walkę kobiety o prawo do swojej transrasowości. Czuje się czarnoskóra, jest czarnoskóra i chce mieć prawo do zaznaczenia tego w dokumentach i do bycia traktowaną jako przedstawicielka tej grupy. Nawet, zainteresowani, mogą sami znaleźć jej zdjęcia w sieci i zobaczyć jak mentalna przemiana wpłynęła na przemianę fizyczną. Jasnoskóra blondynka zamieniła się w śniadą kobietę w dredach lub czarnym afro. Rachel wiązała się z Afroamerykańskimi mężczyznami, ma z tych związków synów o ciemnej skórze, więc to tym bardziej ją uwiarygodniało. Jednak materiał ukazuje także jej historię rodzinną, która wyjaśnia motywy decyzji. O tym będzie akapit poniżej, więc ci, którzy nie chcą spoilerów, planują obejrzeć dokument, mogą go opuścić.

Rachel Dolezal urodziła się w mocno religijnej rodzinie. W jej akcie urodzenia jako akuszer widniał… Jezus Chrystus. Poród domowy prawie skończył się śmiercią matki, więc wg Rachel, ta przez resztę życia ją odrzucała. Dolezalowie angażując się w akcję pro-life adoptowali kilkoro dzieci – „chroniąc je przed aborcją”. Wszystkie dzieci były czarnoskóre, więc Rachel opiekując się nimi, zaczęła się identyfikować. Dolezalowie, jak część mocno religijnych rodzin, także znęcali się nad swoimi dziećmi fizycznie i psychicznie, pod egidą surowego wychowania. Rachel zerwała z nimi kontakt i odcięła się emocjonalnie. Dla niej bycie białą, to bycie jej rodzicami. Kwestia bardziej do przepracowania z psychologiem.

W Europie możemy na kwestie transrasowości patrzeć akademicko, do dyskusji. Jednak w kontekście historii społecznej Stanów Zjednoczonych nie wygląda to tak spokojnie. To transgresja niesymetryczna. Przez stulecia osobie czarnoskórej, która czuła się mentalnie biała groził lincz. Zapewne, w niektórych zakątkach kontynentu północnoamerykańskiego nadal grozi. Przez lata Afroamerykanie marzyli, dążyli do „wybielania”. Cierpieli z powodu prawa „kropli krwi” (zasada wg której jeśli w twoich żyłach płynęła choć kropla czarnej krwi jesteś rasy czarnej bez względu na wygląd). Wreszcie dano im prawo do godnego przeżywania swojej rasowej tożsamości i to nagle zaczyna być kradzione przez przedstawiciela rasy, swego czasu, opresyjnej. Biali zabrali im kiedyś wolność, godność, pieniądze, a teraz biorą sobie tożsamość rasową.

Rachel Dolezal nie przejmuje się takimi argumentami. Spoiler: dokument kończy się tym, że zmienia imię i nazwisko na typowo etniczne, zakłada perukę z czarnym afro i odchodzi w dal.

Jest chyba pierwszym przykładem transrasowości. Ciekawe, czy jedynym? Może niedługo zaczną się pojawiać inne takie przypadki. Ktoś uzna, że tak naprawdę jest rasy żółtej (dziwnie to brzmi). Prędzej, w wyniku mieszanych związków, recesywnej białej skóry, jasnych włosów i niebieskich oczu, za jakiś czas, wszyscy będą rasowo płynni. I może sama kwestia rasy będzie drugorzędna.

Raport wiosenny

Życie upływa stabilnie, bez wzruszeń, spokojnie. Z jednej strony super. Z drugiej – nie ma o czym pisać. Nigdzie nie wychodzę na wykłady, a do tych on-line nadal nie mogę się przekonać.

Trochę zmieniły mi się gusta czytelnicze. Kilka reportaży książkowych jeszcze leży. Za to nabrałam ogromnej ochoty na takie klasyczne, grube powieści. Odświeżyłam „Ziemię Obiecaną” Reymonta, „Wszystko dla pań” Zoli. Miałam ochotę na „Komediantkę”, „Chłopów” Reymonta i „Lalkę” Prusa. Czytałam je w latach młodości, ale zostały w zasobach bibliotecznych mojego taty, czyli na strychu, gdzie wyniósł je na chwilę mój brat. Dziesięć lat temu. A tak, muszę czekać aż wreszcie otworzą biblioteki. Jest  w nich jakiś rys literacki – ciekawa historia, wątki poboczne, zarysowani bohaterowie, osoby z dalszych planów. O zgrozo, nawet sążniste opisy przyrody, czy architektury 😉 A jak bym miała ochotę na dywagacje filozoficzno-psychologiczne, to przecież mogę wrócić do Tołstoja i Dostojewskiego J Zapewne, w dzisiejszych czasach też nadal pisze się rzeczy w tym stylu. Celuje w tym chyba literatura anglojęzyczna. A może powrót do księgozbioru lat nastoletnich, do powrót do siebie.

Na szczęście, w domu też mam trochę książek do ponownego przeczytania.

Cielesność

Leki, wiosna, może także dobry czas w życiu (puk, puk) mają jeszcze jeden wpływ na mnie. Kupiłam sobie nowy tusz do rzęs (stary dawno wysechł), zestaw wód toaletowych (duża zniżka z okazji urodzin) – zapach konwaliowy i zapach dzikiej wiśni, perfumy. Nie tylko to. Weszłam do sieci i kupiłam sobie dwie pary spodni. Zaczynają mnie też interesować niektóre bluzki. Dotąd kupowałam ciuchy dla córki, a sobie głównie książki.

To ważne, bo gdy zaczynam podkreślać wygląd, to oznaka, że dobrze się czuję. Lubię znowu pachnieć. Gdy jest źle, odrzuca mnie od perfum.

Wraca cielesność.

Pourlopowo

Jak to po urlopie, dostały mi się dwa dni pracy w biurze, nie zdalna. Za to tydzień pracy był tak pięknie krótki 🙂 Jedynie czwartek i piątek 🙂 Na powitanie, okazało się, że mam na natychmiast zrobić dwie ważne sprawy, więc nawet kawy nie wypiłam spokojnie. Jednak udało się to w miarę szybko rozładować.

Milczałam przez dłuższy czas, bo dopadły mnie problemy z uchem. To, że się zatkało w środę w nocy nie jest dla mnie żadną nowością. Jestem już w tym obyta. Niestety, tym razem ucho też zaczęło boleć. Ból był na skali bólu znośny, ale trwał godzinami i przez to bardzo męczył. Na szczęście, działał proszek przeciwbólowy. Jeden w ciągu czwartkowego dnia pracy, drugi przed snem. Zakraplałam sobie kropelki olejowe do ucha, ale nic nie pomagało. W piątek ucho nadal bolało i w dodatku miałam wrażenie, że puchnie mi część ciała bezpośrednio dotykająca ucha. Zaczęłam podejrzewać, że wdała się jakaś infekcja. Proszek przeciwbólowy nadal pomagał, ale co z tego. Próbowałam się dostać do laryngologa z prywatnego ubezpieczenia. Aż w końcu chciałam się skontaktować z internistą, by może wypisał mi jakiś lek na tę infekcję. Nie udało się ani na wizytę osobistą, telefoniczną, ani prywatnie, ani w przychodni publicznej. Co się dzieje? Udało mi się skontaktować na chacie, ale pani doktor jedynie zdiagnozowała zatkanie ucha i dała skierowanie do laryngologa. Mistrzyni, to i ja wiedziałam. Przez to wszystko, przez ostatnie cztery dni byłam ospała i zmęczona. A piątkowy wieczór całkowicie przespałam. Zaczęłam się nawet bać, że może to jakiś dziwny objaw koronawirusa skoro padłam o 18:00, a jak się ocknęłam o 21:00, to resztę wieczoru przeleżałam bez siły.

W sobotę nie udało się nigdzie dostać do prywatnego laryngologa, bo wszystko było pozamykane. Przynajmniej w mojej okolicy, nie miałam siły jechać dalej. Na szczęście, pomógł mi pan anioł w aptece, sprzedając jakieś krople do ucha przeciwbólowe i przeciwzapalne. Nie dość, że ucho przestało boleć, to powoli schodzi obrzęk. Może jest szansa, że sobie sama to ucho wypłuczę. A jak nie, to spokojnie poszukam laryngologa. Najważniejsze, że nie boli i wraca energia. I mam dziwne wrażenie, że te krople olejkowe tylko pogarszały sprawę.

Urlopowo

Za mną dwa wolne dni poświąteczne. Potrzebowałam nieprzerwanego ciągu, kilku dni, by móc się wyspać, odpocząć. W dodatku, dzięki lekom, tym razem, naprawdę wypoczywałam, relaksowałam się i nie męczyły mnie stany lękowe, ściski w klatce piersiowej i poczucie, że zaraz stanie się coś złego. Co fajnego jest w takim wypoczynku. Teraz aż miło jest pomyśleć, że na dwa dni w tym tygodniu wrócę do pracy 😉

Wczoraj, po rozmowie z ciocią, postanowiłam, że wybierzemy się na cmentarz, zapalić znicze na rodzinnych grobach. Młoda, jak zwykle, przyjęła to z brakiem entuzjazmu. Nie było mnie tam kilka miesięcy i zaszły w okolicy zmiany. Drogę na cmentarz wyasfaltowano, zrobiono nowy płot oddzielający od sąsiedniego terenu. W pierwszej chwili nie poznałam tego przejścia i myślałam, że zagrodzili mi drogę. A kiedyś był to szeroki trakt z po jednej stronie lasem, a po drugiej chaszczami i łąkami. Na samym cmentarzu, w wielkim skrócie – odbyłam wiele prób zapalenia zniczy, poraniłam sobie kciuk od prób uruchomienia zapalniczki, stłukłam dwa największe, reprezentacyjne znicze, jako, że były jeszcze w folii, wydłubałam z kupy szkła dobre wkłady i wymieniłam w starych zniczach, potknęłam się o ławeczkę i dorobiłam się siniaka, zepsułam zapalniczkę i goniłam jakiegoś starszego pana z prośbą o ogień.

To nie był jeszcze koniec atrakcji. Wracając miałyśmy jeszcze zadzwonić do mojej cioci, która miała przekazać tylko przez ogrodzenie prezent dla Młodej. Wybrałam drogę przez las, jak to kiedyś bywało. Las o przedwiośniu mocno przypomina ten w listopadzie. Mało romantyczny. W dodatku, okazało się, że stworzyli jakieś nowe dodatkowe ścieżki. Z czasów moje pamięci dróg było niewiele, jedno większe skrzyżowanie przy polance i już. A tu okazało się, że co jakiś czas idzie ścieżka w bok. Która jest ta właściwa? Zdecydowałam się w końcu na jedną i okazało się, że mylnie. Po jakimś czasie, zamiast na ulicę miasta, trafiłyśmy na ogrodzenie szpitala psychiatrycznego. Jeszcze aż tak nie zapomniałam kierunków świata i topografii rodzinnych okolic, więc skręciłam w lewo i w końcu, ku mojej uldze, wyszłyśmy do miasta. Spacer był jednak trochę dłuższy, a moje dziecko przytłoczone kontaktem z przyrodą.

W ramach zachęcenia do tej kilku kilometrowej wędrówki, miałyśmy jeszcze w planach, w drodze powrotnej kupić coś w Macu i zanieść do domu. Byłyśmy jednak wykończone. Wtedy olśniło mnie, że przecież mogę zamówić żarcie z dowozem i nie muszę do tego mieć wcale zainstalowanej aplikacji, której już mój stary telefon nie dźwignie.

Dziś ja jeszcze mam dzień wolny, ale musiałam obudzić się bandyckim świtem, bo od 8:00 Młoda miała lekcje. Starałam się, by odruchowo nie włączyć stron i aplikacji do pracy 😉

Wiosenne święto

Taki paradoks. Dopiero koronawirus, pandemia, lockdown sprawiły, że moje święta minęły tak jak chciałam od dłuższego czasu. Czyli nijak. Jestem agnostyczką, więc jakiekolwiek świętowanie, odgrywanie rytuałów nie ma sensu. Jednak relacje rodzinne i tak wymuszały, że po części wchodziłam w nie. W tym roku, rodzina mojego brata dopiero co zakończyła izolację, tata ma jeszcze kwarantannę. Wykorzystałam tę okazję i czas świąteczny spędziłam tylko z Młodą.

Jako, że ona nie jada żadnych wielkanocnych potraw, sama dla siebie zrobiłam tylko sałatkę jarzynową. Mocno przestrzeliłam z ilością składników. Jem tę sałatkę już trzeci dzień, nie mam siły na więcej, a sporo jeszcze zostało. Część zamrożę, choć wiem z doświadczenia, że potem nie jest ona najlepsza w widoku. Ale można ją jeszcze poprawić na talerzu. Będę miała nauczkę na przyszłość. Zamówiłam też w lokalnej piekarni ciasta świąteczne – mazurek, sernik z czekoladą, babę wielkanocną i babę korzenną. Odruchowo chciałam to wszystko trzymać w szafkach i lodówkach do niedzielnego poranka. Ale przecież wiosnę mogę zacząć świętować w dowolnej porze po przesileniu wiosennym. Tak oto, już w sobotni wieczór, zajadałyśmy się z Młodą. Ciasta jeszcze trochę zostało, ale ono może poleżeć nieco dłużej.

W niedzielę zadzwoniłam do taty, potem do cioci. O ile rozmowy z moim tatą są krótkie i treściwe, to ciocia trzymała mnie na linii przez prawię godzinę 🙂 Ona się rozgadała, a ja tylko wtrącałam „no tak”, „właśnie”, aha” 🙂 Ona z mężem też na razie nie przyjmują żadnych wizyt. Czekają na termin szczepienia i boją się zarażenia.

Jako, że nie obchodzę świąt, nie musiałam się przejmować tym, że okna jeszcze nie umyte, a mieszkanie nie wysprzątane J Zajmę się tym w najbliższym czasie 🙂