Pożegnanie pralki

Nadeszła chwila, której spodziewałam się już od dłuższego czasu. Pod koniec tamtego tygodnia wyjęłam z pralki przemoczone pranie. Nie działało wirowanie. Mogłam spodziewać się tego podwójnie, bo od kilkunastu tygodni w czasie wirowania pralka skrzypiała, jak nienaoliwione drzwi. Dlatego nastawiałam pranie na najmniejsze wirowanie.

Przy kolejnym zrobiłam eksperyment i ustawiłam eko bez wirowania. Może wystarczy ominąć tę część programu. Okazało się, że bęben w ogól e się nie kręci. Za to część ubrań wyjęłam suchych. Mokre i uprane były tylko te na dnie, zaś te na wierzchu były suche jak pieprz. Musiałam je doprać ręcznie w wannie. Słabo do mnie docierało, więc zrobiłam jeszcze jedno pranie eko, tym razem z ustawionym wirowaniem, by przekonać się, że tym razem bęben też nie kręci się, a jak mam kolejną partię do doprania. Ten prosty eksperyment uzmysłowił mi, że tak ekonomiczny pobór wody w pralce możliwy jest dzięki kręceniu się bębna, bo to pozwala rozprowadzić wodę z proszkiem na wszystkie ubrania. Wiem, że dla większości ludzi to wiadome od zawsze, dla mnie odkrycie 🙂

Na lokalnej grupie facebookowej znalazłam kontakt do osoby naprawiającej sprzęty agd. pan był wczoraj. Niestety, pokręcił bębnem i uznał, że coś się urwało na dobre. Do wymiany byłby cały bęben, ale to koszt równy niemal nowej pralce.

Jak pisałam, spodziewałam się tego. Pralka we wrześniu skończyła dziesięć lat. Czytając opinie innych ludzi o ich super nowoczesnych sprzętach, to i tak długo popracowała. Od kilkunastu miesięcy czekałam na ten moment. Wiedziałam, że rozsądne jest mieć poduszkę finansową na moment takiego nagłego zakupu. Dodam, że jednocześnie z pralką kupiłam wtedy też lodówkę i kuchenkę. Teraz im muszę się ze smutkiem przyglądać.

Zbliża się Black Friday, który w Polsce jest akurat cienki jak talia modelki. Jest szansa, że coś uda mi się kupić. Na razie piorę ręcznie, a czasem ryzykuję i wrzucam kilka sztuk odzieży, ułożonych poprzecznie na dnie bębna i nastawiam na pełne pranie. Tylko to ostatnie jest mocno nieekonomiczne. Wadą prania ręcznego lub bez wirowania jest to, że najpierw ubranie obcieka, a potem trzeba je przenieść z łazienki – ciepłego, wilgotnego miejsca – do pokoju. Inaczej mam lekko śmierdzące rzeczy.

Zaczyna się finansowa woltyżerka.

Wszyscy jesteśmy emigrantami

Kolejny długi weekend listopadowy, niepodległościowy, spędziłam częściowo na pewnej konferencji. „Starożytna historia Europy Środkowej”. Najpierw były wykłady, prelekcje badaczy archeologicznych, a po przerwie kawowej dyskusja. I tak przez dwa dni. Byłam w sobotę, w niedzielę niestety nie mogłam, bo miałam przyjęcie urodzinowe w rodzinie. Wydarzenie odbywała się w ramach projektu z budżetu partycypacyjnego i było bezpłatne. Dla mnie super pomysł, bo jako nastolatka pasjonowałam się archeologią i chciałam zajmować się tym zawodowo. O Słowianach też wtedy czytałam.

Trochę się obawiałam, że ze względu na pobliskie święto, problem pochodzenia Słowian zostanie potraktowany od strony narodowościowej. Na szczęście, było odwrotnie. Bo podejścia do naszego pochodzenia (czytelnika z innej części świata proszę o wybaczenie) są dwa. Autochtoniści wierzą, że Słowianie byli na tych ziemiach od tysięcy lat i jest to ich ziemia rdzenna, rodzinna. Ten nurt popularny był do lat 80tych XX wieku, zapewne ze względu na pamięć o zaborach, próbach wejścia na te ziemie Niemców. Pod koniec XX wieku rozwinęła się teoria allochtoniczna, mówiąca, że nad Wisłę i Odrę przybyliśmy ze wschodu, znad Dniepru, w okolicach V wieku naszej ery. I tak okazuje się, że wszyscy jesteśmy potomkami emigrantów ekonomicznych. Bo wcześniej na tych terenach zamieszkiwali Wandalowie, którzy przenieśli się do Afryki Północnej, nad basen Morza Śródziemnego. Przetrwali tam sto lat. Jak widać, relokacja w ciepłe kraje, nie zawsze wychodzi na dobre.

Bo cała historia wygląda fascynująco. Wbrew pozorom nie było żadnych wojen, starć, wypierania. W pewnym momencie mieszkańcy terenów nad Wisłą spakowali swój dobytek i powoli zaczęli się przemieszczać dalej na Zachód Pozostawili opuszczone pola i łąki, zajmowane przez las i dziką roślinność. Tę pustkę osadniczą potwierdzają badania palinologiczne, spektrum pyłkowego. Po pyłkach można ocenić, czy dane tereny były zamieszkane przez ludzi. Wtedy dominują pyłki zbóż i roślin uprawnych, w innym przypadku dominują pyłki drzew. Ta pustka osadnicza trwała nawet sto lat. A potem ruszyli nasi przodkowie mieszkający na wschodzie. Także spakowali swój dobytek i powoli przenieśli się na nowe tereny. I tak już zostali. W tamtych czasach przenosiny nie musiały wyglądać tak, że grupa wędrowała lub jechała całymi miesiącami, aż osiadła na stałe. Mogli podróżować kawałek, zostać w jednym miejscu na rok, dwa, potem znowu ruszyć.

Był także krótki wykład o zjawisku Wielkiej Lechii, spojrzenie krytyczne. Lubię słowiańską część naszej historii, przeglądam dyskusje rodzimowierców, odpowiada mi wrażliwość emocjonalna tych wierzeń. Jest to jednak pewna przygoda intelektualna, nie manifest ideologiczny. Odrzuca mnie teoria o wielkim państwie słowiańskim zajmującym w starożytności połowę Europy, które zostało zniszczone przez spisek . To inna strona nacjonalistycznego szaleństwa mówiącego o dumnej Polsce, która powstała w 966 roku i istnieje tylko dzięki wierze w Boga. I w jednym, i w drugim przypadku realizuje jakieś chore, megalomańskie potrzeby.

Opisałam tylko wycinek spotkań, bez dyskusji. Całość była nagrywana i transmitowana, może można odnaleźć te nagrania w sieci – dzięki organizatorowi, Domu Kultury Śródmieście.

O domowych wypadkach

Historia sprzed półtora roku, ale warta wspomnienia.

Jest u mnie tak, że boję się pewnych wydarzeń. Tkwi mi w głowie, że to się stanie, aż w końcu naprawdę się wydarza. Nie wiem, czy to kwestia przyciągania, czy też kwestia tego, że coś sama wyczuwam. Plus jest taki, że potem mam już spokój.

Tak też jest z zadławieniem. Boję się go. Czasami zdarza mi się czymś lekko zakrztusić i mam wrażenie, że dotyka mnie to częściej niż innych ludzi.

Miesiące temu, jak zwykle, chciałam połknąć tabletkę magnezu. Zazwyczaj jest tak, że biorę łyk wody, potem łykam tabletkę i od razu popijam. Wtedy wzięłam ją od razu, na suche gardło. W dodatku to taka pigułka, która nie jest powlekana, tylko lekko chropowata. Podobno takie są bardziej ekologiczne albo zdrowsze. Łyknęłam ją, a ona… przykleiła się do przełyku. Przykleiła się tak niefortunnie, że połowa wystawała w stronę przełyku, a druga w stronę tchawicy. Oddychając czułam jak owiewa ją powietrze. Nie mogłam ją teraz popić, bo bałam się, że strumień wody wepchnie ją do płuc.

Uczucie cholernie niekomfortowe, bo bałam się, że w każdym momencie tabletka opadnie tam, gdzie nie powinna. Stałam i chrząkałam, pokasływałam. Nie wiem, ile to trwało. Zapewne minutę, dwie, ale dla mnie z kilkanaście. Dziecko było zdziwione, tym jak się zachowuję, a ja nie chciałam jej martwić. A tabletka tkwiła tam i tkwiła. A ja chrząkałam i pokasływałam. W końcu nawet pomyślałam, że wyjdę na korytarz i zadzwonię do sąsiadów z prośba o pomoc. Już otwierałam drzwi, gdy pigułka wreszcie dała się przełknąć.

Przez kilka dni nie mogłam przełykać lekarstw, bo w gardle miałam odruch obronny. Teraz mam taki sam chropowaty magnez i mam na niego sposób – przegryzam tabletkę na pół, chwilę rozpuszczam w ustach i dopiero łykam na dwa razy.

Ciekawe jest to, że w takim momencie nie czułam nic. Ani życie nie przelatuje przed oczami, nie ma też strachu, paniki, histerii. Stanął czas, a ja starałam się jak najszybciej coś na to poradzić. Tak mocno zadaniowo.

Matczyne troski

Mam zmartwienie związane z moim dzieckiem.

Od pierwszej klasy siedzi w ławce sama. Miało to sens ze względu na jej zachowanie, jej płacze na lekcji, trudności w skupieniu, wszystko ją rozprasza, zagaduje dziecko obok. Jest V klasa, ona nadal siedzi sama.

Od bardzo dawna dziewczynki w jej klasie podzieliły się na 4 osobowe grupki i te są od siebie tak zdystansowane, że dziewczynki nie mówią sobie nawet cześć jak się spotkają poza szkołą. Chłopców jest mała grupka i trzymają się raczej razem. Klasa jest bardzo niezgrana jako grupa. I młoda miała taką swoją grupkę, ona i trzy inne dziewczynki. Bardzo zżyte.

I tu pojawił się problem. Jedna z dziewczynek wyjechała z rodzicami do Szwajcarii. Dwie, w wakacje pojechały na kolonie, Młoda nie chciała. Zaczęła się V klasa i moja córka uznała, że tamte w czasie wyjazdu bardzo się zżyły, mają swoje tajemnice, odsuwają ją. Tak jest w jej odbiorze. Zaczęła je więc traktować tak jakby ją odpychały, łącznie z nazwaniem jednej z koleżanek brzydko. Efekt jest taki, że się od niej odsunęły na prawdę i chyba zerwały kontakt.

Moje dziecko zostało w klasie samo. Nie wiem, czy ktoś przyjdzie na przyjęcie urodzinowe w grudniu. Nie może sama dopytać się o lekcje i zadania, bo nie ma kogo się spytać. Ostatni sms od koleżanki, na pytanie o zadanie domowe, brzmiał: „Nie mam obowiązku ci nic przekazywać”.

Wiem, jak potrafi się zachowywać moje dziecko i że trzeba mieć do niej świętą cierpliwość. Jest emocjonalna, mówi od razu co myśli, wywala z siebie uczucia, krzyczy, płacze. A tamte dwie dziewczynki to introwertyczki, mega spokojne, typ kamiennej twarzy. One są mistrzyniami focha, cichych dni.

Niedawno sama widziałam, jak Młoda podeszła do dawnej przyjaciółki na placu zabaw, a ta odeszła kilkanaście metrów dalej, by się od niej odsunąć. W tym tygodniu zaprowadziłam ją na wycieczkę, patrzyłam jak stoi sama obok klasy.

Jest mi z jednej strony strasznie smutno, bo widzę, że moja córka czuje się samotna, opuszczona, nieszczęśliwa i sama mi to mówi. Z drugiej strony widzę, że do tej sytuacji trochę doprowadza sama.

To już ten wiek, kiedy powinnam zostawić ją sama, by prowadziła swoje relacje i brała za nie odpowiedzialność. Nie negocjować, nie biegać po matkach by rozwiązywać konflikty. Ale to takie trudne.

Przedwczoraj miałam pół dnia ryku i histerii w domu.

Kiedy wracam do przeszłości, to przecież ja też kłóciłam się z koleżankami, zrywałam przyjaźnie, toczyłam małe wojny by kogoś mocno zranić. Prawdziwą przyjaciółkę znalazłam dopiero w VIII klasie i była już osobą spoza szkoły. Ja to przeżyłam, to dlaczego nie moje dziecko. Tylko tak trudno stać z boku i po prostu patrzeć.

Wiem, że rozwiązaniem byłoby na przykład harcerstwo – inna, mocno zżyta grupa rówieśnicza. Tylko, że podpowiadam to Młodej od jakiś dwóch lat i ona nie chce.

Zazdroszczę matkom synów. Świat dorastających dziewcząt to czasem jatka.

O domach zbudowanych z ludzkiego smutku

W wieczór halloweenowy wybrałam się na ciekawe spotkanie organizowane przez centrum integracji społeczności lokalnej. Tematem były historie i mity, które narosły dookoła Muranowa, dzielnicy Warszawy. Jak napiszę na koniec, miałam swoje osobiste powody.

Wiedziałam, że Muranów został wybudowany na ruinach getta. Nie wiedziałam jednak, że odbyło się to tak i w taki sposób wyglądało. Nie wiem, czy to kwestia tego, że wychowałam się poza Warszawą, czy tego, że jestem drugim powojennym pokoleniem.

Bo Muranów powstał nie tylko na ruinach, ale także z ruin i to nie posortowanych. Gdy skończyła się wojna, większa część miasta była zburzona przez wojska hitlerowskie. Ludzie wracali i nie mieli gdzie mieszkać. Dawne getto także było jednym, wielkim gruzowiskiem. Oczywiście, można było pozostawić je jako miejsce pamięci, po strasznym losie żydowskich mieszkańców Warszawy. Jednak, jak już było widać, miasto rozpaczliwie potrzebowało mieszkań. Nawet dziś, nikt by nie wykroił tak ogromnego areału, tylko po to by zostawić tam pole pamięci. Jeszcze jedno. Ludzie mieli za sobą pięć lat wojny, okrucieństwa, dni, kiedy można było zginąć w każdej chwili, gdy życie ludzkie nie miało wartości, ani znaczenia. Stosunek do śmierci, miejsc śmierci był inny niż nasz.

Bo w gruzach Muranowa cały czas były szczątku ludzkie. Po takim czasie już tylko kości. Szczątki to jednak szczątki. I znowu – tego gruzu były tak ogromne ilości, że nie dałoby się go wywieźć poza miasto. Bo gdzie i po co go składować.

I tako oto, gruzy, w których mogły znajdować się resztki ludzkich kości stały się dodatkowym budulcem budynków. Te budynki stoją do dziś i cieszą już zapewne trzecie pokolenie mieszkańców. Układ dzielnicy nie został odtworzony jeden do jednego. A wręcz odwrotnie. Bloki zostały wybudowane w miejscu ulic i chodników. Dlatego piwnice dawnych przedwojennych kamienic znajdują się pomiędzy blokami, pod chodnikami.

Dlatego często zdarzało się, że w czasie budowy lub wiele lat po wojnie, ludzie znajdowali w ziemi różne drobne przedmioty. Przynajmniej raz zarwał się chodnik i ukazał dawne piwnice. Przy każdym wykopie w obrębie dzielnicy, w stanie gotowości znajdują się także historycy, bo nigdy nie wiadomo, co się odnajdzie. Były także pomysły by cały Muranów uznać za okręg historyczny – nie wiem, czy dobrze to nazwę, co by oznaczało, że każda znaleziona w ziemi rzecz jest artefaktem historycznym i musi być przekazana to muzeum.

Jak wspomniałam, ludzie musieli gdzieś mieszkać, ludzie nadal potrzebują mieszkań. Skoro można mieszkać na Muranowie, to trzeba korzystać z tej szansy. A dzielnica jest przepiękna, z klimatem, żyje się tutaj fajnie. Pomimo tego, świadomość jak powstały te mury i to, co się wcześniej działo na tej ziemi musiało się jakoś odbić w legendach miejskich, w emocjach ludzi. Dlatego też, na tym wykładzie-spotkaniu, posłuchaliśmy kilku legend o muranowskich duchach. Dla jednych to konstrukty zbudowane na ludzkich lękach, strachach. Dla innych coś więcej.

Dwa lata wynajmowałam mieszkanie na Muranowie. Spędziłam tam pierwsze lata związku i pamiętam je jako szczęśliwe. Mieszkało się tam świetnie i gdybym stać mnie było na kupienie tam lokum, być może bym się zdecydowała. Co innego nocami. Nie każdej oczywiście. Pamiętam uczucie lęku. Nawet nie lęku, ale strachu. Coś było nie tak. To nie chodzi o takie prostackie chwyty jak szuranie, stukanie, chwiejące się meble, czy inne tanie sztuczki. Po prostu, w powietrzu czułam, że coś jest nie tak, że jest coś złego. Nocami bałam się wychodzić z łóżka i chodzić do łazienki. Zazwyczaj biegłam tam z zamkniętymi oczami 🙂 Gdy pierwszy raz zostałam tam sama na noc, wypiłam cztery piwa, bo bałam się przetrwać noc na trzeźwo 🙂 Jako, że mówię przez sen, lunatykuję (jak moja mama i jak moja córka też), to wydawało mi się, że po prostu rozszerzyłam zakres moich dziwactw. Czasem sobie pomyślałam, że może kogoś w tym mieszkaniu zabito, albo ktoś się zabił. Wynajmując mieszkanie, nie wiedziałam jakie były granice getta, wydawało mi się, że to było bardziej na zachód. Dopiero koleżanka – taka od tarota, aury i tych podobnych rzeczy – uświadomiła mi, że mieszkam na miejscu, gdzie zginęło w nieszczęśliwych okolicznościach wielu ludzi. No to czułam tę złą energię, ale z tym czymś dało się koegzystować, normalnie żyć. Choć nie wiem, jak by to wyglądało po wielu latach.

Kiedyś usłyszałam takie zdanie, że duchy nie pokazują się osobom, które nie chcą ich spotkać. Dlatego, za każdym razem, kiedy czułam, że jest coś aż za bardzo nie tak, mówiła „nie, dziękuję”. Duchy, w przeciwieństwie do akwizytorów telefonicznych, mają więcej taktu i kultury 😉

Teraz mieszkam w bloku wybudowanym na terenie, gdzie wcześniej były magazyny kolejowe, potem łąki, więc jest spokojnie 🙂 Tylko moje dziecko nie chce przebywać w swoim pokoju, bo uważa, że tam jest duch 🙂

Weekend listopadowy

Za mną dłuższy weekend wolnego, który dla bezrobotnej prawie nie różni się od dnia zwyczajnego. Tylko tym, że nie trzeba budzić się wcześnie, zrywać dziecka z łóżka, robić mu śniadania i odprowadzać kawałek do szkoły. To sporo jak dla śpiocha 🙂

Pierwszego listopada byłyśmy z Młodą na cmentarzu. Nie mogłam się tam kompletnie odnaleźć. Tłumy, nie można normalnie przejść alejką, jakieś zebrania rodzinne przy grobach. Wszędzie szum, rozmowy, oraz – pechowo trafiłyśmy – jakaś msza o obchód z megafonem księdza pomiędzy grobami. Jak na jarmarku. Efekt był taki, że przy każdym gronie zatrzymałam się na minutę i szłam dalej. Nie byłam w stanie tam po prostu posiedzieć, pomyśleć, pomodlić jak chciałby zmarły. Odczuwałam potrzebę jak najszybszego wyjścia. Rozumiem ludzi, którzy przyjeżdżają na cmentarz wcześnie rano.

Młoda chodziła pomiędzy nagrobkami i wyrażała opinię o niektórych. Tak więc wiem już, że sama chciałaby ogromny pomnik, taki niemal w cygańskim stylu, na dwa metry wysoki jak mauzoleum. Mam nadzieję, że umrę przed nią 🙂

Od zagrzybiałej sutereny do jednostki mieszkaniowej

Byłam na dwóch wydarzeniach, które w jakiś sposób się łączą.

Niedziela to spacer miejski pod hasłem „Życie mieszkańców kamienic czynszowych”. Spacerowaliśmy po Pradze, oglądaliśmy dawne kamienice, oglądaliśmy obrazki z tamtej epoki, słuchaliśmy historii. Była to jakby druga część spaceru sprzed dwóch tygodni. Wtedy sporo o strukturze społecznej mieszkańców można się było dowiedzieć.

Taka kamienica była przekrojem społecznym w pigułce. W suterenach, na poziomie piwnicy, z okienkami pod sufitem żyli najbiedniejsi, prowadzący warsztaty, robotnicy. Dopiero teraz sobie to uświadomiłam, ale w XIX wieku piwnice musiały wychodzić ponad poziom ulicy, bo potrzebowały światła dziennego. Przecież nie było żarówek. Wracając do suteren, okien tam raczej nie otwierano, bo z rynsztoka, z chodnika śmierdziało, opalało się piecami, więc było też duszno. Mieszkanka były małe. Widziałam rzut takiego poziomu piwnicy – mieściło się tam nawet do 21 mieszkanek. A nad nimi, na I piętrze było jedno, wielkie mieszkanie najbogatszego lokatora. Można sobie porównać te wielkości. Na wyższych piętrach mieszkań było więcej i najczęściej były wynajmowane. Dziwne dla naszego świata, gdzie osiedla dzielą się na zdolności kredytowe.

Drugim zaskoczeniem dla mnie było to, że – pomimo braku dobrego oświetlenia – nikt wtedy nie zasypiał o zmroku. Wielu urzędników, pracowników warsztatów robiło sobie przerwę na obiad i krótką drzemkę w środku dnia, a następnie ponownie wracało do pracy. Wieczorami, jedne warstwy dalej ogarniały sprawy domowe, drugie wychodziły na wizyty, spotkania towarzyskie, bale. Kładziono się spać koło północy.

Dla mnie największą atrakcją tego spaceru była możliwość wejścia na niektóre podwórza, klatki schodowe, a nawet do mieszkań komunalnych. Ze względu na ogromną ilość osób w grupie, prowadzący nie chciał nas prowadzić do mieszkań zamieszkałych. Była z nami miła pani z ZGN-u, która otworzyła dwa lokale, które mają być wyremontowane i kiedyś zasiedlone. Dwa mieszkania, dwa światy. Pierwsze znajdowało się na parterze, z wszystkimi oknami na podwórko studnię, więc słońce nigdy tu nie zagląda. Było super wysokie, jakieś 3,5 metra do sufitu. Wejście do razu do kuchni, z niej do pierwszego pokoju i potem drugiego pokoju (łazienka z boku). W pokojach elektryczne piecyki, bo budynek nie ma ogrzewania miejskiego. W związku z tym, wszędzie od podłogi aż po sufity rozciąga się grzyb. Mieszkanie będzie odmalowane, odgrzybione, ale czy ten i tak po jakimś czasie nie wróci? Za to w innej kamienicy weszliśmy do mieszkania dawnej klasy średniej. Było na trzecim, ostatnim piętrze. Od strony podwórza kuchnia, mały salon z balkonem, gabinet (dobra, ja tak nazwałam ten trzeci pokój), a od strony ulicy dwa większe pokoje. Łazienka mikroskopijna gdzieś we wnęce na szafę. Ciekawostką jest to, że mieszkanie ma dwa wejścia. Od strony kuchni jest wejście kuchenne od klatki kuchennej, od strony gabinetu jest wejście głównej od klatki – ówcześnie – reprezentacyjnej. Teraz, być może, pozwoli to podzielić lokal na dwa osobne. Za to w kuchni stoi kuchnia na węgiel, w pokojach piece. W mieszkaniu nie ma gazu, ani ogrzewania miejskiego. Przynajmniej woda dociera i dużo słońca o każdej porze dnia.

Spacer jest o życiu w XIX wieku, a zobaczyliśmy jak muszą żyć ludzie z końcem drugiej dekady XXI wieku… Jedna z pań, która z nami spacerowała podzieliła się informacją, ile musi płacić łącznie za swoje mieszkanie komunalne. Jest dziesięć metrów większe od mojego, ale opłaty o połowę wyższe. I kto tu może być biedny :/

Takim kontrapunktem dla tego spaceru był wczorajszy wykład o Charlsie Le Corbusierze – rewolucjoniście w architekturze, królu modernizmu, który dał miastom całkiem nowe mieszkania. Ktoś w sieci skomentował ten wykład uznając Le Corbusiera za człowieka, który chyba zmasakrował budownictwo i należy go za to potępić. Jednak trzeba przejść się po XIX wiecznych kamienicach, zobaczyć jak żyła najuboższa warstwa, czasem w barakach, dołach kloacznych, by uświadomić sobie jak bardzo pomysł jednostki mieszkaniowej Corbusiera zmienił podejście do mieszkańca jako człowieka, który wymaga szacunku niezależnie od tego ile ma pieniędzy. Dzięki niemu, na inne kraje Europy, rozprzestrzenił się pomysł, że nawet dla zwyczajnego biednego robotnika można zbudować ciepłe mieszkanie z kuchnią, łazienką. Po latach o tym zapomnieliśmy. Znowu wracamy do struktury z XIX wieku.