Rekrutacyjnie

Plusem jest to, że dostałam już dwa zaproszenia na rozmowę w sprawie pracy. Wysłałam taką ilość CV, że nie jestem nastawiona, że akurat te firmy powinny mnie zatrudnić. Raczej traktuję to jako okazję do wyjścia z domu i poćwiczenia.

We wtorek, przebierając się na spotkanie, najpierw okazało się, że nie mogę dopiąć spodni i przestraszyłam się, że miesiąc siedzenia w domu, okres świąteczny z burrito zrobił ze mnie pękate burrito. Założyłam inne. Od razu napiszę, że gdy nadszedł okres, opuchlizna zeszła i nie jest tak tragicznie. Ale do myślenia dało. Nie zmienia to faktu, że czułam się gruba, pękata, stara (jak weszłam do firmy i zobaczyłam niemal samych młodych ludzi). Po dokładniejszej rozmowie okazało się, że obowiązki będą dość trudne. W dodatku firma jest w najgorszym centrum Mordoru. Ani mnie ta rozmowa nie zachęciła, ani ja ich, bo dziś napisali, że dziękują.

Drugie spotkanie było dziś. Pojechałam bardziej z ciekawości. Okazało się, że to praca reklamacyjna z klientem indywidualnym, ale także w osobistym kontakcie, godziny pracy 10-21:00, sześć dni w tygodniu, plus handlowe niedziele (oczywiście zmianowo, w równoważnym czasie pracy). Takie warunki mogłaby zrewanżować tylko pensja. Ta była trochę wyższa niż w mojej poprzedniej pracy, ale nadal za niska by ryzykować moje ledwo odtworzone nerwy. Plus, że od razu podali pensję. Przynajmniej dziś byłam już nie opuchnięta i ożywiona.

Jednak to wszystko jest takie sobie. Pierwszy raz w życiu, nie potrafię odtworzyć w sobie energii i radości w szukaniu pracy, entuzjazmu, gdy słyszę o potencjalnym miejscu. We wszystkim szukam wad, powodów, by ewentualnie odrzucić. Choć jadę na spotkanie z nadzieją, że ono mi ją przywróci. Coś zobaczę, co sprawi, że bycie pracownikiem ponownie mi się spodoba.

Te poprzednie dwa lata mocno przejechały się po mnie.

Styczniowy śnieg, styczniowe słońce

Za mną wczorajsza rozmowa o pracę i świetny, zabawny wykład. Jednak napiszę o tym więcej jutro.

Na razie mam spadek nastroju, jak to pod koniec cyklu. Wracają do mnie w myślach wszystkie moje porażki i rozpamiętuję je, zamiast przejść nad nimi do porządku dziennego. Plus jest taki, że wiem, ze to minie za kilka dni.

Za to jest jedna, piękna wiadomość. Młoda dostała szóstkę z klasówki z biologii. I to z pracy pisanej w klasie, nie zdalnie. I to przy nie za dużym nakładzie nauki. Zachwycam się tym jak przebiśnieg słońcem. Ona ten przedmiot łapie w locie, po prostu czytając. Teraz przerabiając ciało człowieka i ten dział biologii lubi najbardziej. A z chorób jest wybitna 😉 Tłumaczy mi, że to dlatego, że pisząc kryminał chce wiedzieć jak prawidłowo uśmiercić człowieka 🙂

Raport styczniowy

Nauka stacjonarna to szczęście. Od miesiąca byłyśmy z Młodą razem w domu. Najpierw chorowała i miała izolację. Potem od razu zaczęła się nauka zdalna, przerwa świąteczna, kilka dni nauki zdalnej, długi styczniowy weekend. Można oszaleć. I obie dochodziłyśmy do takich wniosków. Tylko, że ona wysyłała mnie do pracy 🙂

A ten tydzień to super czas. Fakt, że trzeba zerwać się rano, przekonać dziecko do wstania, zrobić kanapki do szkoły. Potem kilka godzin ciszy i samotności w domu.

Młodą cieszy jeszcze jedna rzecz. Teraz gdy wraca ze szkoły, mama otwiera jej drzwi i od razu nakłada ciepły obiad na talerz. I jest w pobliżu. Tak po mieszczańsku 🙂 Powiedziała mi nawet, że nie za bardzo by chciała bym poszła do pracy, bo to miłe jak jestem w domu.

Zapomniane cmentarze, jeszcze

Jeszcze jedno wspomnienie, dotyczące ostatniego wpisu na temat zapomniany cmentarzy.

Była końcówka lat 90tych. Ja z koleżanką bawimy się na Mazurach. W czasie jednego spaceru po lesie, trafiamy na resztki grobów. Było ich już niewiele, może kilka. Kompletnie otoczone drzewami. Część zapadnięta, część miała tylko obramowania, brakowało tabliczek. Mam nawet zdjęcia. Były to resztki cmentarza niemieckich mieszkańców tych terenów. Ich rodziny musiały wyjechać, albo unikać nawiązania do swojego rodowodu. Cmentarz został zapomniany.

Pochowani ludzie mieli swoje radości, smutki, miłości, choroby, przygody. Myśleli zapewne, że znicze na ich grobach palić się będą jeszcze przez wiele lat. A dziś, po dwóch dekadach, po tamtym miejscu nie ma zapewne już śladu. I takich cmentarzy jest w naszym kraju mnóstwo. Wypędzeni żyli ze smutkiem w sercu, że prochy ich bliskich są daleko i nie można ich nawet odwiedzić.

To jeden z aspektów tematu zapomnianych cmentarzy. I jeden z argumentów za tym, by nie inwestować w wystawny nagrobek, czy miejsce pochowku. Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą. Nie wiadomo, co będzie z tymi ziemiami za kilkadziesiąt lat.

Zapomniane cmentarze Warszawy

To opowieść o wykładzie, która jest bardzo opóźniona. Bo spotkanie odbyło się na początku listopada, stąd tematyka – „Zapomniane cmentarze Warszawy”. Niesamowita opowieść! Nie robiłam notatek, więc będzie pobieżnie.

Zapewne dla warsawianistów to oczywiste, ale dla mnie odkrycie, że na terenie miasta była spora ilość cmentarzy, po których dziś już nie ma śladu! Zaczynając od najstarszych. W okolicy Starego Miasta było ich dziesięć, przy kościołach. Funkcjonowały od XII/XIII wieku do przełomu wieku XVII i XIX. W dalszej okolicy, nieco później, powstało kolejnych dziesięć. A rozszerzając okręg na bliską, dzisiejszą Wolę, dochodziło kilka kolejnych z XVI wieku. Miasto się rozrastało, ludności przybywało, przybywało także miejsc spoczynku.

Oczywiście, nie wszystkie były czynne jednocześnie. Te najstarsze były wygasłe, nikogo tam już nie chowano.

Koniec XVIII wieku, to epoka likwidacji cmentarzy. Oczywiście, z poszanowaniem zmarłych. Choć nie tak jak sobie dziś wyobrażamy. Po prostu zbierano razem wszystkie kości i składano do jednego, symbolicznego grobu. Na miejscu dawnych pochówków powstawały najczęściej łączki, tereny zielone. Jednak nie zawsze – w niektórych miejscach stoi kamienica, a przez dawny teren jednego z cmentarzy przechodzi jezdnia dochodząca do trasy WZ.

Idąc dalej – jednocześnie pod koniec XVII wieku stworzono jeden, ogromny, cmentarz, na obrzeżu miasta, czyli… pomiędzy dzisiejszymi ulicami Wspólną i Nowogrodzką. Jeśli ktoś nie zna topografii Warszawy, to dodam, że teraz to kilka kroków od Dworca Centralnego. Początkowo miejsce nie cieszyło się popularnością, bo był to w mieście pierwszy cmentarz nie usytuowany obok kościoła, czyli nie uznawany do końca za ziemię poświęcaną. Dopiero ostatnia wola pewnego biskupa, który kazał się tam pochować sprawiła, że ludzie nabrali zaufania. Cmentarz istniał pięćdziesiąt lat. A zamknięto go z powodu przepełnienia! Pochowano tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi! Nie wiem, czy nie 150 tysięcy, mogłam nie zapamiętać dokładnie. Kto był w stanie, ten przenosił grób na cmentarz Powązkowski. Zapewne większość spotkał los taki sam, jak rezydentów poprzednich cmentarzy – masowy grób.

Od XIX wieku nastała epoka cmentarzy, które najczęściej dotrwały do naszych czasów.

Można sobie wyobrazić, po ilu miejscach pamięci czasami chodzimy, nie wiedząc, że może gdzieś tam jest jeszcze ludzka kostka. Takie historie pokazują mi też, ze nie ma co przywiązywać się do miejsca pochówku i wykosztowywać na piękne pomniki. Żyjemy tak długo, jak pamiętają o nas potomni. Mogą to też robić na kartach drzew genealogicznych.

To także argument dla tych, którzy oburzając się na likwidację starych grobów. Gdyby nie ta praktyka, otaczałaby nas tylko cmentarze.

Rekrutacyjnie

Nie najlepiej to o mnie świadczy, ale tak bardzo nie chce mi się iść do kolejnej pracy. Dotąd miałam mnóstwo wymówek – byłam chora, potem osłabiona, okres przedświąteczny, okres przed Nowym Rokiem, czas przed Trzema Królami. Teraz już nie ma wymówek, że nikt nie zajmuje się rekrutacją. Nowy Ład potrzebuje nowego mięsa.

Dotąd zrobiłam tyle, że uaktualniłam CV, napisałam fajniejszy list motywacyjny. Wysłałam też dokumenty na jedno ogłoszenie podrzucone przez koleżankę.

Czas obudzić w sobie entuzjazm.

Zaległe urodziny

Za nami zaległe przyjęcie urodzinowe Młodej. Użyłam liczby mnogiej, bo gości przyjmowała ona, ale ja pomagałam w przygotowaniach i doprowadzałam mieszkanie do stanu reprezentacyjnego 🙂 Dziecko zaprosiło tylko dwie najbliższe koleżanki, przyjaciółki. Nie odczuwała potrzeby wielkiej fety, imprezy, zapraszania tych, którzy są ważni towarzysko. Po tych wszystkich lekcjach zdalnych i to było czymś wielkim.

Zastanawiałam się, czy to już ten etap, gdy powinnam wyjść z domu. Czy 12-13 latki tego potrzebują do dobrej zabawy? Jednak i tak nie miałabym gdzie iść. Dlatego oddałam im duży pokój, a sama posiedziałam z książką w pokoju Młodej.

Myślałam też, czy trzeba zorganizować jakieś zabawy, quizy. Za stare na to, czy jeszcze ok? Bałam się, że cały czas i tak przesiedzą z telefonami w ręku, co nawet chwilowo okazało się prawdą. Zdałam się w końcu na żywioł. Młode dziewczyny w tym wieku, chyba potrafią ogarnąć sobie rozrywkę. Szczególnie jeśli bardzo się lubią i mają codzienny kontakt przez komunikatory. I miałam rację. Chwyciły za planszówkę, potem za stare zabawki Młodej. Trzy godziny szybko minęły.

Ja też zobaczyłam, jak to jest mieć w domu krzyk, harmider, pisk. Przyjaciółki mojej córki tylko z pozoru były ciche i spokojne 🙂 Dotąd tylko mi się wydawało, że w moim domu jest hałas 🙂

Jeszcze o bez/senności

Jeszcze refleksja o bezsenności i senności. Bo jak nie można zasnąć, to się dużo myśli 😉

Próby zaśnięcia w bezsenne noce są jak wyciskanie resztki pasty z tubki. Naciskasz, przesz, a i tak wynika z tego niewiele. Ostatecznie zmęczone są oczy, zamykają się, ale reszta ciała jest na pozycji czuwania. Przez głowę przelatują myśli, polemizujesz z nimi, pół biedy, jeśli się nie kłócisz. Próbujesz wyczyścić umył, ale się nie udaje. Włączasz jakiś znany dobrze serial na Netflixie, by nie wciągało mózg zajmuje się sygnałami z odbiornika i przestaje toczyć filozoficzne dysputy. I tak to się snuje.

A potem, w środku dnia, nadchodzi wreszcie ona – senność. Jest jak ciepła mgła otulająca ciało. Działa na wszystkie zmysły – chcesz się w coś owinąć, oczy się kleją, mózg zanurzony w pulpie nie produkuje żadnych komunikatów. Idealne zen, nirwana. To uczucie jest tak przyjemne, tak zmysłowe, że nie można się powstrzymać. I zapadasz w sen.

Dlatego, niestety, przy bezsennych nocach drzemię w dzień. Jedna z kilku przyjemności życiowych, jakie mi zostały 🙂

Styczniowe noce, styczniowe dni

Ostatnie dni to próby dostosowania się do trybu życia ludzi uczących się lub pracujących. Dość przegrane. Dotąd żyłyśmy z Młodą bardziej trybem nocnym, ale miała teraz trzy dni nauki zdalnej.

W nocy z niedzieli na poniedziałek tłukłam się bezsennie do prawie 6:00. A o 9:00 pobudka, bo na szczęście zajęcia były od trzeciej lekcji. W efekcie, po południu nie wytrzymałam i zdrzemnęłam się na trzy godziny. Choć dla wielu ludzi trzygodzinny sen to już nie drzemka 😉

Noc z poniedziałku na wtorek rozpoczęła się od sukcesu. Obie zasnęłyśmy o 1:00, z czego moje dziecko spało już do rana. A ja ocknęłam się o 3:00 i koniec. Nie mogłam już zasnąć. Ale przecież zasnęłam. O 5:30. 7:30 pobudka… Po południu znowu padłam na dwie godziny. Po prostu już nie wytrzymywałam ze zmęczenia.

Serio, nie wierzyłam, że coś jeszcze może przeszkodzić w przesunięciu rytmu dobowego. Kolejnej nocy, ponownie udało się zasnąć koło 1:00. I oto proszę – 2:50, dzwonek domofonu… No litości! Zerwałam się, by go odebrać i nie budzić dziecka. Odebrałam bez słowa. Po drugiej stronie ktoś bełkotał „policja, ktoś się ukrywa”, ale głosem jakby dopiero wracał z pasterki. Odłożyłam słuchawkę bez słowa. Może gdyby ten ktoś po prostu, zwyczajnie poprosił. A tak to tylko się wkurzyłam. Pomimo tego, ktoś tak wyrwany ze snu nie myśli od razu logicznie. Jeszcze przez chwilę siedziałam i czekałam, bo może znowu zacznie dzwonić, zastanawiałam się, czy w bloku jednak nie ma kogoś poszukiwanego przez policję, albo nawet w moim mieszkaniu. W efekcie, odechciało mi się spać i znowu siedziałam do 6:00. A o 7:30 pobudka. W tę środę byłam już w mega deficycie snu. Nie zabrakło oczywiście drzemki.

Jednocześnie, w te trzy dni pojechałam na jeden wtorkowy wykład, a w środę wieczorem  wybrałam się odebrać książki. Na pewnej, nie związanej z literaturą, czy kulturą grupie, ktoś wrzucił informację o wyrzuconych do kontenera książkach. Niedługo potem, inna osoba napisała, że je zabrała, suszy i może rozdać chętnym. Załączyła też zdjęcie, na którym znalazłam fajną serię powieści. Napisałam, zgadaliśmy się i umówiliśmy na środowy wieczór. Dla mnie to jakaś rozrywka, pretekst do wyjścia z domu i okazja by pożyczyć ciekawe książki. Jednak w tym celu musiałam się wybrać na drugi koniec miasta. Myślałam, że spotkam się z tym chłopakiem pod blokiem i tam przekaże mi książki. On jednak podał numer mieszkania. Pomyślała, że jeśli jest psychopatą, a ja zaginę, to ktoś bystry przeczyta rozmowę na messengerze. Chciałam też przesłać tę rozmowę do Młodej, gdyby jednak nie wróciła w ciągu godziny. Podziękowałam za zaproszenie do mieszkania i młody, na oko dwudziestoparoletni przekazał mi osiem książek w drzwiach. Wiem, wiek nie świadczy o braku psychopatii 🙂 W sumie, to ja mogłam mu zrobić krzywdę w tym mieszkaniu 🙂 Zanotowałam tylko, że korytarz i fragment widocznego pokoju były wysprzątane. Może dlatego mógł się spotkać dopiero bliżej 20:00 😀 Jestem straszna 😀

Dzisiejszy dzień to sprzątanie mieszkania. Jutro mamy gości 🙂

Sen na 2022 rok

Nie był to sen pierwszego dnia roku. Był to jednak pierwszy sen w tym roku, w dodatku w nocy tuż przed pierwszym Nowiem Księżyca 2022 roku.

Byłam uczniem w jakiejś szkole. Nie wiem, czy byłam dzieckiem, czy dorosłą. Pamiętam ławki, podręczniki, nauczycieli. Ta część snu to już tylko skrawki. Potem stoimy większą grupą osób przy pewnym zabytku obok budynku szkoły – mógł to być kościół, zamek, pałac. Dowiedzieliśmy się, że została podłożona bomba – albo w szkole, albo w zabytku, nie wiadomo. Mamy chwilę na to, by wybrać ten budynek, który uważamy za bezpieczny i tam się schronić. Uznałam, że to szkoła jest najlepszym miejscem na spektakularny atak, więc należy jej unikać. Lepiej, gdy zostanę tam gdzie jestem. Nie wiem, czy mówiłam to głośno. Moja szkolna przyjaciółka w tym śnie zaczęła mnie namawiać, żebym razem z nią jednak weszła do szkoły. Dałam się przekonać. Poszliśmy tam z grupką osób, nie byli to wszyscy. Poszłam tam dla przyjaciółki, nie dlatego, ze jej wierzyłam. Miałam wrażenie, że jakoś przetrwamy ten wybuch. W szkolnej sali najpierw schowałam się pod ławką. Po chwili wyszłam spod niej. Uklęknęłam na podłodze obok innych i chwyciliśmy się za ręce. Zgięłam się, by łatwiej zamortyzować falę uderzenia, ale przyjaciółka kazała mi się wyprostować. Chwilami przypominała przyjaciółkę mojej córki. Przez cały ten czas czułam, że lada moment, za sekundę wylecimy w powietrze. Nagle na szkolnym korytarzu zrobił się hałas. Zobaczyłam tam wąż tańczących i śpiewających azjatyckich dzieci, może japońskich. Prowadził je azjatycki nauczyciel. Krzyknęłam do nich po angielsku by byli cicho. I wtedy usłyszałem huk. Obok. Potem drugi. Uświadomiłam sobie, że bomba wybuchła pod zabytkiem. My jesteśmy ocaleni.

Wtedy się obudziłam.

Może w tym roku bomba wybuchnie gdzieś indziej, a ja powinnam być wyprostowana i przygotowana na nowe lekcje 🙂